Bytomska „Moc przeznaczenia” – Sceniczna prywata głosem uratowana
Fot. ©Juliusz Multarzyński
Giuseppe Verdi wystawiał „Moc przeznaczenia” dwa razy. Pierwszy w Petersburgu w roku 1862, drugi raz, w poprawionej wersji, w roku 1869 w mediolańskiej La Scali. Jako kompozytor dzieła, wraz z librecistą Francesco Maria Piave, zdecydował, że pierwszą jego wersję należy udoskonalić, aby przetrwała wieki. Gorzej dzieje się w momencie, w którym współcześni reżyserzy – niepotrafiący stworzyć nic własnego – wożą się na wybitnych dziełach, próbując nieudolnie zmieniać ich treść i założenia twórców myśląc, że będzie to akceptowane. NIE BĘDZIE!
Reżyseria
Spektakl w reżyserii Tomasza Koniny, którego premiera odbyła się w minioną sobotę (18.03.2017r.), jest tandetą, jaką można wystawiać w domach kultury – i tam, może, byłaby nawet akceptowana – ale nie w świątyni polskiej sztuki jaką jest, bez wątpienia, Opera Śląska w Bytomiu. Reżyser kompletnie nie miał pomysłu na poprowadzenie chóru, który był bardzo statyczny (głównie stał i popychał solistów czy wymachiwał transparentami) natomiast solistyczne sceny kłótni czy okazywania miłości były, jakby reżyserowi obce, nie mówiac już o obsadzeniu śpiewaków w podwójnych rolach.
Chwilowy zachwyt
Spektakl zaczął się nieźle (z wyjątkiem uwertury, do której powrócę). Po otwarciu kurtyny zobaczyliśmy ładną komnatę, a w niej stylowo ubraną Leonorę rozmawiającą ze swoim ojcem Markizem Calatravą (również w świetnym kostiumie). Scena ta, jak najbardziej, mieściła się w założeniach spisanych ponad sto pięćdziesiąt lat temu.
Przedstawienie, w którym reżyser stworzył dwa akty łączac I z II i III z IV (i słusznie), miało jeszcze parę ciekawych momentów:
- zaskakująca scena z pierwszego aktu w kościele, gdzie ustawione na podłodze świeczki zapalają się same, w sposób wręcz magiczny;
- wizualnie ciekawa i scenograficznie niezła odsłona z drugiego aktu, widać, że jesteśmy na wojnie, gdyż komnata z aktu poprzedniego jest zburzona;
- pomysłowo wymyślona scena wojny z licznymi realistycznymi wystrzałami z pistoletów i karabinów;
- niezły zabieg w drugim akcie ze sprytnym przebraniem chóru z żołnierzy na biednych wieśniaków.
I z zachwytów to by było na tyle.
Reżyserskie fanaberie
Bezsensowowne pomysły reżysera można by wymieniać w nieskończoność, lecz przedstawię tylko te najbardziej rażące:
- taniec podczas uwertury w choreografii Moniki Myśliwiec – dobrze zatańczony przez Wiolettę Haszczyc – był po prostu nieudolny, nic nie wnoszący do całości spektaklu i, co najgorsze, odwracający uwagę od – jednej z najpiękniejszych w operowej literaturze muzycznej – uwertury;
- ojciec Leonory Markiz Calatrava umiera po postrzale w drugiej scenie opery Verdiego, nie przeszkadza to jednak reżyserowi, aby tego samego śpiewaka obsadzić w całkowicie innej postaci (również pierwszoplanowej) Ojca Gwardiana, a Leonora udaje, że nic dziwnego w tym nie widzi. Natomiast w ostatniej scenie przedstawienia zamiast właśnie Ojca Gwardiana pojawia się znowu – zmartwychwstały – przebrany za nieboszczyka Markiz Calatrava. Paranoja;
- przyjaciółka Leonory, Curra także miała rozdwojenie jaźni, gdyż obserwujemy ją w drugim akcie jako całkowicie inną postać – wróżącą żołnierzom Cygankę (sic!);
- także Leonora jest źle obsadzona. Wypadałoby, żeby córka była choć trochę młodsza od swojego ojca;
- w jednej z ostatnich scen spektaklu Leonora przesuwa – jak zapałeczki – kilkutonowe kolumny, przewrócone podczas wojny, w zburzonym pałacu. Gratuluję „Mocy”, lecz nie "przeznaczenia";
- nie rozumiem też kompletnie – jak zresztą z pewnością nikt na widowni – co miał oznaczać wyświetlony, chwilę przed końcowym opuszczeniem kurtyny, szyb górniczy – może Verdi komponował tę operę inspirując się Śląskiem? Ale o tym wie tylko Pan Konina.
Oświetlenie
Oświetlenie wymyślił Dariusz Pawelec. Jednak trudno mówić, że ono występowało, gdyż podczas prawie całego spektaklu panują egipskie ciemności. To nie było oświetlenie, lecz zmieniające się tylko czasem światło z czerwonego, na niebieskie czy pomarańczowe. które momentami raziło nieprzytomnie swoją kolorystyczną intensywnością i jakiego używa się do podświetlania budynków od zewnątrz, a nie męczy nimi widzów podczas spektakli operowych.
Scenografia
Akcja przedstawienia – według libretta – przenosi nas w dziewięć miejsc. Podczas premierowego spektaklu przenosimy się jednak może do dwóch. Oczywiście miejsca te w różnych aktach spektaklu się powtarzają, lecz aby miało to wszystko sens, scenograf (w tym przypadku również Tomasz Konina) powinien przygotować przynajmniej czterech różne sceny jak: komnata, oberża, kościół i pole bitwy. Tu mamy praktycznie jedną dekorację do wszystkich scen. Podczas przedstawienia czasem rozsuwa się tylna ściana (zawsze wtedy razi to cholerne światło), ale nie po to, aby przenieść nas w inne miejsce, tylko aby na scenę weszli artyści. Natomiast w drugim akcie widzimy tę samą scenografię, trochę zburzoną wojną (jak wyżej wspomniałem nawet ładną wizualnie) – niech i tak będzie – ale być nie może, oglądanych przez cały spektakl gdziekolwiek by akcja się nie przeniosła, wypisanych na ścianie (w jednej z pierwszych scen w operze) buntowniczych haseł. Także nie może być licznych rekwizytów leżących na podłodze (kolumny, fragmenty zburzonej komnaty), które nie pomagają, a przeszkadzają, co chwilę potykającym się o nie artystom.
Kostiumy
Kostiumy zaprojektowała Joanna Jaśko-Sroka. Byłem miło zaskoczony, gdy podczas pierwszej sceny zobaczyłem Leonorę i Markiza, ubranych tak, jak na to dzieło przystało. Myślałem, że już tak pozostanie, jednak za chwilę wpada na scenę Don Alvaro i całe wrażenie psuje kostiumem harleyowca w skurzanej kurtce i dżinsach. Podczas spektaklu pojawiają się – niestety – współczesne, czasem "pstrokate" garnitury, natomiast dobrze wyglądały stroje solistek, mnichów oraz żołnierzy.
Prywata sceniczna
Oprócz tego, że reżyser zrobił sobie, z opery Verdiego, prywatny spektakl, to jeszcze niektórzy artyści całkowicie prywatnie zachowywali się na scenie. Byli nimi Anna Borucka i Cezary Biesiadecki, którzy podczas przedstawienia rozmawiali sobie jak w teatralnym bufecie z boku sceny myśląc, że nikt tego nie widzi, lecz niestety głośno to komentowano na teatralnym foyer.
Orkiestra i dyrygent
Orkiestra Opery Śląskiej zagrała spektakl – jak na nią – bardzo dobrze i gdyby nie kilka solówek z udziałem skrzypiec i instrumentu dętego (prawdopodobnie trąbki) można by powiedzieć, że fantastycznie. Dyrygent Jakub Kontz dość rzetelnie przygotował się do poprowadzenia tej opery. Spowodował jednak, że muzycy pod jego batutą grali zdecydowanie za głośno, lecz na szczęście śpiewacy swoimi nośnymi głosami sobie z tą trudnością poradzili. Robił również zbyt długie, niezrozumiałe i niczym nie tłumaczące się pauzy muzyczne. Ale od strony interpretacyjnej przygotował orkiestrę dobrze.
Chór i balet
Wielkie gratulacje należą się chórowi, który całość spektaklu zaśpiewał zjawiskowo. Męskiemu przede wszystkim za zaangażowanie aktorskie, natomiast żeńskiemu za prezentację wizualną, gdyż jest to najładniejszy chór żeński w Polsce, a na scenie wyglad jest bardzo ważny – aż miło patrzeć. Scenę erotyczną w akcie II, pokazaną bardzo nieteatralnie, uratowały właśnie Chórzystki.
Tę scenę uratował również balet, który jednak widać, że służy już głównie do statystowania w spektaklach Opery Śląskiej. Chyba czas na zmianę kierownictwa baletu, bo zawodowych tancerzy tak traktować nie można i, po porostu, tak dłużej być nie może.
Głosowe nieporozumienia
Poziom śpiewaków był bardzo wysoki. Jednak nie obyło się bez obsadowych wpadek.
Pierwszą obsadową wpadką był Cezary Biesiadecki (Burmistrz), który rzęził, a nie śpiewał. Jego basowy głos, kiedyś ciekawy, teraz nie nadaje się już do wystawiania w spektaklach operowych. Za to wizualnie prezentował się dobrze.
Największym nieporozumieniem bytomskiej "Mocy przeznaczenia" było obsadzenie – jako Leonory – Ewy Biegas. Aktorsko swoją partię poprowadziła bardzo dobrze – widać tu sceniczne obycie – jednak podczas całego spektaklu artystka nie wydobyła z siebie prawie żadnego czystego dźwięku – może z wyjątkiem paru miejsc w średnicach. Każdą arię nieprzytomnie fałszowała, tak jakby śpiewała nie tę operę.
Tu jednak pretensje należy kierować do dyrygenta i dyrekcji teatru, którzy podczas prób musieli to słyszeć, a mimo to dopuścili tę śpiewaczkę do premiery. W dodatku Ewa Biegas została gościnnie zaproszona do udziału w tym spektaklu, a przecież w szeregach zatrudnionych w Operze Śląskiej sopranów są młode, świetnie śpiewające i głosowo idealnie pasujące do tej partii artystki.
Aktorsko i głosowo ciekawi
Anna Borucka (Curra/Preziosilla) zaśpiewała świetnie swoim ciepłym i ładnym w barwie mezzosopranem. Pomijając już powyżej opisaną sceniczną prywatę, to swoje dwie partie aktorsko przygotowała bardzo dobrze, może trochę za często – bez potrzeby – się uśmiechając.
Juliusz Ursyn-Niemcewicz (Trabuco) zaśpiewał przyzwoicie. Czuje się jednak w jego głosie koniec śpiewaczej kariery. Prezentuje się na scenie nieźle, a aktorsko postać przygotował dobrze i gdyby nie to, że prawie cały czas pociąga głośno nosem (niekontrolowany tik, który męczy publiczność od wielu lat) można by tego tenora zaakceptować.
Bogdana Kurowskiego – dysponującego jednym z bardziej zjawiskowych basowych głosów w Polsce – trudno zrecenzować. Miał bowiem do zaśpiewania małą rólkę Chirurga, który w spektaklu ma zaledwie dwie odzywki. Jednak należy zauważyć, że jeśli lekarz widzi krwawiącego pacjenta, to nie idzie do niego powoli i z ręką w kieszeni, co w tym przypadku miało miejsce – ale czy to wina śpiewaka czy reżysera, nie wiem.
Kamil Zdebel (Brat Melitone) zaśpiewał bardzo dobrze swoją barytonową partię. Aktorsko przyzwoicie, a nawet ciekawie.
Gwiazdy Wieczoru
Mieliśmy podczas spektaklu przyjemność słuchać śpiewaków z najwyższej półki.
Mariusz Godlewski (Don Carlosa di Vargas) budził zachwyt śpiewając swoją barytonową partię. Jego dramatyzm głosowy i piękne, nośne brzmienia, budziły podziw za każdym razem, gdy się odzywał. Miał jednak lekkie problemy z górnymi dźwiękami, za to zjawiskowe jak na barytona piana. Aktorsko jednak mam kilka zastrzeżeń np. to, że śpiewał prawie cały czas do ziemi, chwaląc się publiczności ładnym czubkiem głowy oraz to, że gesty często wykonywał nieodpowiednio do sytuacji. Lecz mimo wszystko wielkie gratulacje!
Aleksander Teliga to klasa sama w sobie. Postać Markiza Calatravy i Ojca Gwardiana (jakby na niego pisane) zaśpiewał z godnym, swojej międzynarodowej kariery, kunsztem. Dysponujący zjawiskowym basem – podziwianym w takich teatrach jak m.in.: mediolańska La Scala, Teatro Colon w Buenos Aires czy Bolszoj w Moskwie – zachwycał publiczność przez cały spektakl, pokazując wspaniały warsztat aktorski poparty niezwykłą wokalną techniką. Brawo!
Jednak najjaśniej świecącą gwiazdą sobotniego wieczoru był pierwszy solista Opery Śląskiej Maciej Komandera. To tenor jakich może Operze Śląskiej pozazdrościć każdy teatr świata. Zachwycająco muzykalny, ze zjawiskowymi i pewnymi górami, o których może pomarzyć wiele jego kolegów po fachu. Posiada niezwykle brzmiące – jak na tenora – doły i świetne średnice (może lekko ściśnięte w wyższych jej rejestrach). Te wszystkie głosowe walory powodują, że ze śpiewaną partią może robić co chce. Zresztą to czyni, bo interpretacja każdej zmiany emocji, w jego ariach, jest zaznaczona. W grze aktorskiej Macieja Komandery widać niezwykłą inteligencję, ogromne przemyślenie partii i to, że jako jeden z niewielu wie "co autor miał na myśli" pisząc tę operę. Obecnie, bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, że Maciej Komandera wyrósł na pierwszego tenora w Polsce. Ogromne gratulacje!
Podsumowanie
Spektakl "Moc przeznaczenia" to dzieło, którego – mimo usilnych prób – nie jest w stanie zniszczyć żaden z reżyserów. Mogą je zepsuć jedynie dyrygenci i śpiewacy, na szczęście prawie wszyscy z nich, podczas sobotniej premiery, spisali się znakomicie i doprowadzili do tego, że chętnie przyjechałbym posłuchać ich jeszcze raz.
I właśnie tacy artyści, których w Polsce mamy paru, jak Maciej Komandera czy Mariusz Godlewski powinni jak najsztbciej uciekać z kraju – biorąc przykład ze swojego starszego scenicznego kolegi Aleksandra Teligi – i robić światową karierę. Tu przecież dyrektorzy, dyrygenci, reżyserzy, a co zdumiewające, również interesowni recenzenci – nie umiejący stanąć ponad sferę prywatą w ocenie scenicznej artystów – nie potrafią cenić, zauważać i cieszyć się z tego, że mają u siebie tak zjawiskowych śpiewaków.
Na szczęście, w naszej ojczyźnie, są jeszcze prawdziwi melomani, którzy o nich dbają i jestem przekonany, że jeszcze długo dbać będą.
©Oskar Świtała

