Przejdź do treści
Sympatycy Sztuki
  • Oferta galeryjnaRozwiń
    • Malarstwo Wiesława Ochmana
    • Sztuka dawna
    • Sztuka współczesna
    • Rysunek i grafika artystyczna
  • Dla KolekcjonerówRozwiń
    • Światowe aukcje
    • Biografie artystów
    • Słownik kolekcjonera
    • Poszukiwani artyści, poszukiwane prace
  • O nas
  • Kontakt
  • BlogRozwiń
    • O autorze
    • Recenzje
    • Artykuły
    • Gwiazdozbiór Artystyczny Oskara Świtały
Sympatycy Sztuki
Artykuły|Gwiazdozbiór Artystyczny Oskara Świtały

Witold Sadowy w „Gwiazdozbiorze Artystycznym Oskara Świtały”

PrzezOskar Świtała 07/01/201912/02/2022

Witold Sadowy – przyjaciel artystów, pasjonat świata sztuki, z zawodu aktor oraz publicysta: biograf, kronikarz, felietonista oraz autor 6. książek.

Osoba Witolda Sadowego inauguruje cykl artykułów prezentujących sylwetki wielkich osobowości, związanych ze światem sztuki, w moim indywidualnym zbiorze, zatytułowanym: „Gwiazdozbiór Artystyczny Oskara Świtały”, który powstał po to…

⭐⭐⭐…ABY WSZYSCY MOGLI ZBLIŻYĆ SIĘ DO GWIAZD! ⭐⭐⭐

Witold Sadowy, dokładnie dziś – poniedziałek 7 stycznia 2019 roku – obchodzi swoje 99. urodziny i jest obecnie najstarszym żyjącym polskim aktorem oraz kronikarzem życia teatralnego.

RODZINA I DZIECIŃSTWO

Rodzice Witolda Sadowego poznają się po wywiezieniu na przymusowe roboty do Niemiec, w trakcie I wojny światowej. Pracują tam u niemieckich gospodarzy. Po zakończeniu wojny biorą ślub i zamieszkują w Warszawie przy ulicy Hożej.

„Mój tata, Stanisław Sadowy, urodził się w roku 1888 w Wierzchucy nad Bugiem, a zmarł podczas Powstania Warszawskiego 13 września 1944r. Z zawodu był warszawskim fotografem. To dzięki niemu pozostało kilka naszych bezcennych pamiątek w postaci fotografii, uwieczniających czasy mojej młodości. Mama Józefa, z domu Wierzchowska, urodziła się w roku 1891 w Lipinie (dziś dzielnica Świętochłowic, woj. śląskie [przyp. red.]). Zajmowała się domem, świetnie grała na pianinie, a przede wszystkim nas wychowywała. Zmarła 15 maja 1960 roku w Warszawie.”.

Józefa Sadowa
Stanisław Sadowy

 

 

 

 

 

 

 

Mały Wituś
Mały Wituś

7 stycznia 1920 roku w warszawskim szpitalu, mieszczącym się nieopodal rodzinnego mieszkania, na świat przychodzi Witold Sadowy.

Gdy po raz pierwszy przyniesiono niemowlę mamie, Pani Józefa powiedziała: „To nie jest moje dziecko! Mój syn ma myszkę na lewej ręce!”. Za moment przynoszą jej właściwe dziecko, ze znamieniem na ramieniu. Witold Sadowy ma je do dnia dzisiejszego.

Po czterech latach przychodzi na świat młodszy brat Witolda Sadowego Stefan. Rodzice postanawiają przeprowadzić się na ulicę Nowowiejską 9, do 3 piętrowej kamienicy.

Stefan Sadowy
Bracia Witold i Stefan

 

 

 

 

 

 

 


LATA SZKOLNE


PODSTAWÓWKA
Witold Sadowy uczęszcza do szkoły powszechnej dla chłopców przy ulicy Mokotowskiej 5, którą kończy w 1934 roku. W szkole tej gra w przedstawieniu zatytułowanym „Laleczka z saskiej porcelany” Marii Gerson-Dąbrowskiej. Mały Wituś przebiera się w nim za dziewczynkę, gdyż odgrywa postać Włoszki z Milano. Jest to jednocześnie pierwsza jego rola w życiu.

Witold Sadowy jako Włoszka z Milano z koszykiem na ramieniu


SPOTKANIE Z JÓZEFEM PIŁSUDSKIM
„Jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu było spotkanie z marszałkiem Józefem Piłsudskim. Doskonale je pamiętam, pomimo, że od spotkania minęło 90 lat!”.

Mały Wituś

Dzieci z warszawskich szkół zostają zaproszone do Królewskiego Teatru w Parku Łazienkowskim (obecnie siedziba Polskiej Opery Królewskiej [przyp. red.]). Oglądają baśń w 3 aktach Ewy Szelburg-Zarembiny pt. „Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami”. Przed rozpoczęciem przedstawienia w loży pojawia się Marszałek. Dzieci obracają się w jego kierunku i zaczynają bić brawa. W trakcie przerwy Józef Piłsudski, wraz z eleganckimi damami, wręcza dzieciom słodycze:

„Pamiętam doskonale. Były to czekoladki umieszczone w jedwabnych torebkach, z przywiązaną od góry kokardką!”.

Mały Wituś ma szczęście. Otrzymuje je od samego Marszałka Piłsudskiego, który głaszcze go po głowie i pyta: „Jak się nazywasz synku?”, „Nazywam się Witek Sadowy”. Marszałek podaje Witusiowi rękę i mówi: „No to życzę Ci wszystkiego dobrego”.

„Przez cały tydzień nie mówiłem o niczym innym, tylko o tym wydarzeniu. Głównie chwaliłem się kolegom na podwórku z czekoladek jakie dostałem”.

Do dziś, jedyne czego Witold Sadowy żałuje, to tego, że zjadł te wszystkie czekoladki.

Z żartem mówi: „Przecież mogłem się powstrzymać lub chociaż zostawić sobie jedną w papierku. Dziś trzymałbym tę pamiątkę w kasie pancernej, którą kupiłbym specjalnie dla tego bezcennego podarunku i pokazywałbym go tylko najbardziej zaufanym gościom!”.

WIZYTA U KSIĄŻĄT RADZIWIŁŁÓW
Klasa dziesięcioletniego Witusia zostaje zaproszona także do pałacu książąt Radziwiłłów. Mieści się on w Al. Ujazdowskich 27 (obecnie Ambasada Szwajcarii). Są to czasy, kiedy bogate rody zapraszają dzieci szkolne do siebie na różnego rodzaju uroczystości. Tym razem jest to spotkanie bożonarodzeniowe.

Witold Sadowy z żalem wspomina: „Mówiłem wtedy wierszyk pt. „Powrót taty”. Bardzo się wszystkim spodobał, a zwłaszcza państwu Radziwiłłom. Dostawaliśmy również od nich upominki. Gdy gwiazdka się skończyła przyjechała po mnie mama. Tak bardzo mnie polubili, że Pani Radziwiłłowa zwróciła się do niej, z zapytaniem, czy by mnie nie oddała, bo chętnie by mnie adoptowali. Mama niestety się nie zgodziła. Dziś byłbym nie Sadowym, lecz księciem Radziwiłłem!”.

GIMNAZJUM I LICEUM
W roku 1934, Witold Sadowy, nie dostaje się do państwowego gimnazjum, wiec rodzice zapisują syna do eksperymentalnego, 4. letniego, Prywatnego Gimnazjum Ogólnokształcącego Zgromadzenia Kupców. Jest to tzw. półinternat, w którym dzieci mają możliwość także odrabiania lekcji. W roku 1938 Witold Sadowy rozpoczyna naukę w liceum – również Zgromadzenia Kupców. Pierwszy rok udaje mu się ukończyć jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Z oczywistych powodów naukę przerwa. Maturę zdaje w czasie wojny, w tzw. podziemnym liceum, przy ulicy Hożej. Uczy go tam m.in. krytyk i historyk literatury, a także polityk, Stefan Żółkiewski oraz Jerzy Kreczmar – teatrolog, przyszły reżyser, brat słynnego aktora Jana Kreczmara.

Witold Sadowy w wieku licealnym

PASJA
W latach szkolnych, Witold Sadowy, cały czas marzy o zostaniu aktorem. Często bywa w Dziecięcym Teatrze Tymoteusza Ortyma, a następnie sam w domu wciela się w przeróżne postacie, urządzając mini spektakle. W gimnazjum jego kolegami są, w znacznej mierze, synowie żydowskiej plutokracji. Ich rodzice to właściciele większości kin warszawskich i atelier filmowego.

Jest tak zakochany w aktorstwie, że w roku 1938, będąc w I klasie liceum, w tajemnicy przed rodzicami zapisuje się do prywatnej szkoły filmowo-teatralnej Hanny Ossorii, mieszczącej się przy ulicy Smolnej. Opłaca studia ze swojego kieszonkowego, otrzymywanego od rodziców, a wynoszącego 50zł miesięcznie. W tym czasie, po raz pierwszy statystuje na planie filmowym „Pieśniarza Warszawy”, w reżyserii Michała Waszyńskiego. W filmie tym obserwuje grę aktorską wielkiego Eugeniusza Bodo.

„Zdjęcia na planie skończyły się nad ranem. Wiec późno wróciłem do domu. Dozorca naszego budynku powiedział do mnie: „Oj, będzie w domu lanie, oj będzie…!”. W życiu tata dał mi po tyłku dwa razy… to był jeden z nich!”. 

W 1939 roku, Witold Sadowy, dostaje zawiadomienie od Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, w którym jest napisane, że termin egzaminu na studia wyznaczono mu w dniu 7 września tego roku.

„Byłem bardzo przejęty, a jednocześnie szczęśliwy. Niestety do egzaminu nigdy nie przystąpiłem. Spełnienie marzenia uniemożliwił mi wybuch wojny”.

 

II WOJNA ŚWIATOWA

 

1 września 1939 roku wybucha II wojna światowa. Niemcy przekraczają granice Polski. O jej rozpoczęciu Witold Sadowy dowiaduje się przez radio. Generał Roman Umiastowski  w swoim apelu wzywa wszystkich niezmobilizowanych mężczyzn do opuszczenia Warszawy i udania się w kierunku Lublina.

„Ojciec na szczęście był człowiekiem dość zamożnym. Posiadał już samochód, do którego wsadził mnie i brata. Pożegnawszy się z matką, czym prędzej, wspólnie pojechaliśmy we wskazanym kierunku. Zmierzały tam również tłumy innych mężczyzn. Pamiętam, że w czasie bombardowań niemieckich kryliśmy się w przydrożnych rowach. Było to bardzo niebezpieczne. Noce spędzaliśmy w stodołach wieśniaków, śpiąc na sianie.”.

Wrzesień, roku 1939, jest upalny. Myją się w zimnej wodzie, którą wyciągają ze studni. Któregoś dnia, wczesnym rankiem, idąc w kierunku jednej z nich, napotykają na dziwnie ubranych ludzi, majstrujących przy ich samochodzie.

„Mieli oni na sobie mundury z koców, czapki ze szpicem, czerwoną gwiazdę na głowie, onuce na nogach oraz karabiny na sznurkach. Byli to sowieccy żołnierze. Spostrzegli nas. Nie mogąc uruchomić auta kazali to zrobić ojcu, ale i jemu się to nie udało. Zaczęli krzyczeć do ojca po rosyjsku, że to sabotaż i skierowali w naszym kierunku karabiny, aby nas zastrzelić… W tym momencie nadleciały niemieckie samoloty i zaczęły zrzucać bomby. Przerażeni padliśmy na ziemię!”.

Kiedy się uspokoiło spostrzegli, ze żołnierze zniknęli. Ojciec czym prędzej zaczął ponownie uruchamiać samochód. Tym razem się udało. Natychmiast wyruszyli w kierunku Lublina.

„Wstrząs, jakiego wtedy doznałem był tak wielki, że do dzisiaj nie mogę sobie przypomnieć, ani jak znaleźliśmy się w Lublinie, ani gdzie mieszkaliśmy. To jedyny moment mojego życia, którego autentycznie nie pamiętam!”.

Witold Sadowy w wieku 19 lat

Witold Sadowy pamięta za to okupowaną już Warszawę, porozwieszane wszędzie niemiecki flagi, ogłoszenia w języku polskim i niemieckim oraz defiladę Adolfa Hitlera w Alejach Ujazdowskich, którą przemianowano wtedy na Adolfs-Hitler-Allee.

Ciągle nie może studiować. Kończy tylko naukę pisania na maszynie. Nie ma na razie pracy. Niemcy ogłaszają rejestrację polaków. Każdy musi mieć Kennkarte (czyli dowód osobisty) i miejsce pracy. Wtedy przypadkowo na ulicy, napotyka śpiewaczkę operową Olgę Orleńską, jego byłą profesorkę ze szkoły filmowo-teatralnej Hanny Ossorii.

„Rzuciliśmy się w sobie w ramiona i cieszyliśmy się, że żyjemy. Zapytała mnie czy gdzieś pracuję.”.

Olga Orleńska załatwia Witoldowi Sadowemu pracę kelnera w kawiarni u Dakowskiego przy ulicy Bagatela (róg Flory). Tam konferansjerem jest jego znajomy z przedwojny, reżyser teatru „8:15”, Witold Zdzitowiecki. W dużym ogrodzie za kawiarnią, na specjalnej estradzie, odbywają się koncerty symfoniczne i występy artystów-śpiewaków. Prowadzą je wielcy dyrygenci Walerian Bierdiajew i Zygmunt Latoszewski. Występują znakomici ówcześni śpiewacy z Barbarą Kostrzewską, Haliną Dudicz–Latoszewską (żoną Zygmunta), oraz początkującą Wiktorią Calmą (ulubienicą Bierdiajewa) na czele. W charakterze kelnerów pracuje tam paru przedwojennych aktorów, a wśród nich: Joanna Poraska (ostatnia spikerka polskiego radia), Lidia Korwin (aktorka, która po wojnie grała Hrabinę Idalię z Juliuszem Osterwą w „Fantazym” w Teatrze im. Słowackiego) i autentyczna hrabianka Murka Woroniecka.

Na razie w Warszawie panuje względny spokój, ale od pewnego czasu zaczynają się masowe łapanki. Niemcy zamykają poszczególne dzielnice i sprawdzają dokumenty. Przeważnie ich nie honorują, a zatrzymanych ładują do stojących samochodów i wywożą na Pawiak.

„Mnie też zgarnęli w trakcie pracy. Niemiecki żołnierz wytrącił mi tacę z ręki i wraz z innymi wepchnął do budy. Wkrótce znaleźliśmy się na Pawiaku. Tam usiłowałem wytłumaczyć maszynistkom, w języku niemieckim, które notowały nasze dane, że byłem przecież w pracy. Ale siedzące urzędniczki nie reagowały na moje słowa, tylko powtarzały szybko: „Weiter, weiter! Dalej, dalej!”.

Po oddaniu wszystkich rzeczy, które miał przy sobie, Witold Sadowy znalazł się w dużej celi z jednym zakratowanym oknem i masą nieznanych mu ludzi. Na podłodze leżały sienniki. W pomieszczeniu mieścił się jeszcze wychodek.

„Nagle spostrzegłem, że przyglądają mi się uważnie jacyś ludzie. Byli to moi znajomi z kawiarni Dakowskiego. Szwagier właściciela i dwóch pianistów, którzy u nas koncertowali oraz mój kolega Rosjanin, Alkoff, mieszkający w Polsce. Natychmiast ulokowaliśmy się obok siebie. Codziennie rano wyprowadzano nas na spacer i codziennie ktoś inny sprzątał kibel. Każdego dnia zabierano kogoś na przesłuchania. Albo wracał pobity, albo nie wracał wcale. Po dwóch miesiącach ciągłego niepokoju, nagle rano wywołano nasze nazwiska i kazano zabrać miskę do jedzenia i łyżkę. Powiedziano nam, że jesteśmy wolni. Zwrócono nam depozyt i znaleźliśmy się nagle na wolności.”.

Następnego dnia rano Witold Sadowy udaje się do kawiarni Dakowskiego, aby dowiedzieć się komu zawdzięcza zwolnienie. Tam dowiaduje się, że sprawę jego zwolnienia omawiał Witold Zdzitowiecki z przychodzącym do kawiarni, w charakterze gościa, austriackim muzykiem, którego wcielono do wojska niemieckiego.

„Chciałem temu Austriakowi bardzo podziękować, ale nie zdążyłem. Powiedziano mi, że wysłano go na front.”.