Wielkanocna „Tosca” w Operze Śląskiej – Bytomska świątynio sztuki… biada Ci, oj biada

W Wielkanocny Lany Poniedziałek wybrałem się na spektakl „Tosca” skomponowany przez Giacomo Antonio Domenico Michele Secondo Maria Pucciniego. Dzieło to było pierwszą operą wystawioną w nowym stuleciu. Prapremiera odbyła się 14 stycznia 1900 roku w rzymskim Teatro Constanzi (obecnie Teatro Dell’Opera Di Roma), a zakończyła się klęską, do których to Puccini był już przyzwyczajony. Libretto napisali wieloletni współpracownicy kompozytora czyli Luigi Illica i Giuseppe Giacosa na podstawie sztuki Victorien`a Sardou pt. „La Tosca” z 1887 roku.

Opera Śląska potrafi być wyjątkowa pod wieloma względami. Od tego, że jako jedyny teatr operowy w Polsce gra w poniedziałki (ze względu na współpracę z Teatrem Wyspiańskiego w Katowicach), aż po wystawianie spektakli w Święta Wielkanocne. Tych i jeszcze więcej innych „wyjątkowości” doświadczyłem 2 kwietnia podczas przyjazdu do Bytomia.

Powitanie

Pierwszym miłym powitaniem obdarzają, wszystkich przybyłych do Opery Śląskiej, przesympatyczne Panie szatniarki, a następnie równie miłe bileterki oraz bileterzy. Publiczność na przedstawieniu dopisała, mimo ważnego święta, gdyż ponad 3/4 miejsc na widowni było zajętych. Kiedy usiadłem na swoim miejscu spojrzałem w górę na mój ulubiony kryształowy żyrandol, lecz zamiast niego zobaczyłem zawieszony pod nim drewniany, ogromny, brązowy krzyż. Wyglądał tajemniczo. Ciekawy byłem jak zostanie wykorzystany podczas spektaklu… niestety nie został.

Reżyseria

Przedstawienie wyreżyserował Tadeusz Bradecki. Swoją pracę wykonał rzetelnie. Jak sam zaznaczył w wywiadzie zamieszczonym w programie (nieźle wydanym, w kwocie 5zł – brawo!), cytuję: „Kompozytor wręcz „wyreżyserował” całą akcję – w libretcie zapisane są nawet wszystkie kroki, przejścia, zatrzymania, obroty głowy…”. I faktycznie, prawie wszystkie istotne uwagi inscenizacyjne, zamieszczone w partyturowych didaskaliach, reżyser bytomskiej „Toski” uszanował, że wymienię:

• Koszyk z prowiantem dla Cavaradossiego, który otrzymuje od Zakrystianina w I akcie;
• Niebieski kolor oczu na portrecie kobiety malowanej przez Cavaradossiego w I akcie
• Suknia, w którą przebiera się zbieg Angelotti, aby nie zostać rozpoznanym w I akcie;
• Zgubiony przez Angelottiego, a znaleziony przez Scarpię wachlarz w I akcie;
• Problem z wyjęciem przez Toscę zezwolenia na wyjazd z kraju, ze sztywnej ręki nieboszczyka Scarpii w finale II aktu;
• Pierścień, który Cavaradossi oddaje, aby przekupić strażnika w akcie III.

Należy także podkreślić świetne sceny oraz efekty sceniczne:

• Mądry zabieg z zasłonięciem portretu płachtą, gdy zazdrosna Tosca wpada do kościoła w akcie I;
• Znakomicie monumentalnie stworzona scena finałowa z chórem kościelnym i kapłanami z aktu I;
• Ciekawe użycie laski jako rekwizytu dla Scarpii;
• Bardzo prawdziwa scena przeszukiwania kufra Toski przez strażnika, przed wpuszczeniem jej do ukochanego w III akcie;
• Efektowna scena samobójstwa Toski, która rzuca się z wysokiego postumentu w – niewidoczny dla widowni – tył sceny;

Zdarzyły się jednak inscenizacyjne niedopatrzenia, a są zapisane w didaskaliach:

• Malarz Cavaradossi powinien wejść na rusztowanie i wysoko malować portret kobiety, który tu był umieszczony na poziomie parteru na metalowej konstrukcji z kołami, którą co chwilę energicznie przesuwano;
• Włosy kobiety na portrecie powinny być koloru blond, a tu widać niewielką ilość rudych włosów wyłaniających się spod kaptura;
• Śpiewaczka Floria Tosca zabija, pod koniec II aktu, Scarpię nożem, który faktycznie bierze ze stołu lecz… zabija go pięścią!!! W trakcie  morderstwa trzyma nóż za rękojmię, którą uderza Barona w brzuch, a ostrze jest po drugiej stronie (sic!). Nie wiem, czy to wymyśliła  śpiewaczka, czy tak kazał jej zrobić reżyser lub asystenci wznawiający przedstawienie, ale wiem, że tę tragiczną scenę wykonała kuriozalnie, a siedzący obok mnie widzowie skwitowali ją śmiechem;
• Brak w ostatniej scenie II aktu postawienia obok zwłok Scarpii dwóch świeczników;
• Kiepska scena zastrzelenia Cavaradossiego na balkonie, gdzie trzy metry niżej stoi sześciu karabinierów, którzy przed rozstrzelaniem jeszcze klękają (po co?);
• No i ten nieszczęsny krzyż, wiszący nad głowami publiczności, a kompletnie nieograny i w spektaklu niezaznaczony.

Jednak mimo moich uwag, wszystkie sceny reżyser potraktował z szacunkiem do tekstu, gdzie jak śpiewano, tak też czyniono. I gdyby jeszcze zlikwidować niektóre dłużyzny, gdzie artyści nie wiedzieli jak wypełnić muzykę aktorsko ruchem, było by wspaniale.

Scenografia i kostiumy      

Tę skandaliczną scenografię stworzyła Jagna Janicka. Trudno jednak mówić o scenografii, gdy wszystkie akty wyglądają prawie tak samo. A przecież tak wyraźnie twórcy „Toski” zaznaczyli, że:

• I akt opery odbywa się w kościele Sant`Andrea della Valle – zamiast tego mamy współczesne wnętrze, całe na biało, z równie białymi nowoczesnymi kolumnami;
• II akt w pałacu Farnese – tu zamiast złoconej komnaty było tak jak w akcie I. Zjechała jedynie ściana (znowu biała) z dużymi oknami oraz wniesiono brzydkie czarne taborety i duży czarny stół;
• III akt w zamku Świętego Anioła – zamiast tego na scenie postawiono żelazne okropieństwo, na które po skrzypiących schodach wchodzili artyści na tle wyświetlonych jakiś krużganków czy arkad (w sumie ładne zdjęcie), niemających jednak nic wspólnego z tym rzymskim zabytkiem. Oczywiście białe kolumny oraz ściany z aktu I i II też były.

W dodatku libreciści ułatwili scenografom sprawę, gdyż wszystkie te miejsca są prawdziwe. Specjalnie będąc w Rzymie poszedłem śladami akcji „Toski” i – przysięgam – nie jest tam ani biało, ani nie ma nigdzie tego, co zaprezentowano nam podczas spektaklu, tylko pełne złoceń i antycznych mebli wnętrza lub kamienne monumentalne przestrzenie. Ale nawet tego pani scenograf nie chciało się sprawdzić – już nie mówię, że na miejscu w Rzymie, ale tylko w Internecie.

Do zaakceptowania była ładna rzeźba Matki Boskiej z Dzieciątkiem w I akcie w kościele oraz wyświetlane odbicie witraża na posadzce (niestety słabo widocznego na białej podłodze) także w akcie I. Po za tym nic więcej.

Kostiumy także wykonała Jagna Janicka. Tu już tak źle nie było. Jednak podomka w jakiej Tosca paraduje w I i II akcie była, co najmniej, nie na miejscu, czy markowe spodnie z równie współczesnym paskiem u Cavaradossiego (jedynie jego luźna biała koszula mieściła się w klimacie czasów).

Podobał mi się za to kostium Barona Scarpii – cały ciemny, odpowiadający jego charakterowi – który miał na sobie brązowawą koszulę i fontaź pod szyję, w tym samym kolorze elegancką kamizelkę, drapieżny lecz ładny skórzany płaszcz oraz czarne spodnie, buty i w ręku laskę. Jednak najpiękniejsze kostiumy – biało-złote – mieli kapłani w scenie finałowej w I akcie. Brawo za nie.

Ubiór pozostałych postaci był do zaakceptowania.

Światła

Pani Maria Machowska się nie napracowała. Oświetlenie było podobnie kiepskie jak scenografia. Praktycznie się nie zmieniało. Raz scena była ciemniejsza, raz trochę jaśniejsza i czasami tylko dodano jakąś punktówkę, czy plamę niebieską, fioletową, czerwoną lub żółtą na ścianie. Zwykły brak pomysłu.

Chór

W „Tosce” chór ma li wyłącznie jeden popis, jednak na który wszyscy czekają, czyli słynne „Te Deum” na finał aktu pierwszego. Tu chór Opery Śląskiej wywiązał się z oczekiwanego zadania znakomicie, a za ich przygotowanie brawa należą się Krystynie Krzyżanowskiej-Łobodzie.

Orkiestra i dyrygent

Orkiestra zagrała dobrze. Jednak bliżej jej do dostatecznie, niż do bardzo dobrze. W „Te Deum” bębny – ustawione za kulisami – zamiast potężnie wybrzmieć, wydawały dźwięk taki, jakby ktoś uderzał pięścią w stół. Również instrumenty dęte blaszane – niezwykle ważne u Pucciniego – nie były tak monumentalne, jak być powinny. Mimo wszystko widać progres w jakości grania muzyków pod kierownictwem nowego dyrektora artystycznego Opery Bassema Akiki, lecz jeszcze dużo pracy przed nimi.

Poniedziałkowym przedstawieniem dyrygował Maciej Tomasiewicz – młody dyrygent, przed którym także jeszcze sporo pracy.

Śpiewacy

Cezary Biesiadecki (Cesare Angelotti – bas) – na tego śpiewaka spuszczam zasłonę milczenia! Zadam tylko jedno pytanie: Czy na prawdę nikt nie widzi tego skandalu, jaki na scenie wykonuje ten artysta, zarówno pod względem wokalnym, jak i aktorskim?

Adam Woźniak (Baron Scarpia – baryton) – głos tego śpiewaka jest nośny, lecz nie do słuchania. Ma niezwykle drażniącą barwę głosu. Jednak aktorsko ten artysta jest znakomity. Wspaniale wcielił się w bestialskiego szefa rzymskiej policji, szczególnie dobrze interpretując arię z II aktu „Gia mi dicon venal”. Widać, że rozumie co śpiewa i doskonale przeanalizował swoją partię. Dykcja wypowiadanych włoskich słów także była nienaganna. Za to wielkie brawa!

Anna Wiśniewska-Schoppa (Floria Tosca – sopran) – przez cały spektakl zastanawiałem się, co się stało z pięknym i ciepłym głosem tej śpiewaczki oraz jej dobrą i pewną techniką wokalną. Zaśpiewała spektakl bardzo kiepsko. Jej głos brzmiał staro, był zmęczony jak u 70. letniej śpiewaczki po karierze. Nie słyszałem Anny Wiśniewskiej-Schoppy prawie dwa lata i to, co się przez ten czas stało z jej pięknym wokalem jest niezwykle smutne. Arię „Visi d`arte, visi d`amore” wykonała za wolno – i to nie wina dyrygenta. Zaśpiewała ją w średnicach głosem mało nośnym, w górach niepewnym, a w końcówce piekielnie nieczystym. Wygląda za to jak zawsze znakomicie, jak prawdziwa Tosca (piękna, z kruczo czarnymi włosami). Aktorsko partię przygotowała dobrze, widać że rozumie co śpiewa. Jednak potwierdza się – i w przypadku Anny Wiśniewskiej-Schoppy – stara operowa zasada: „Jak zaczynasz uczyć śpiewu, sam przestajesz dobrze śpiewać”.

Maciej Komandera (Mario Cavaradossi – tenor) – zaśpiewał przyzwoicie. Pierwszy akt jednak najgorzej. Arię „Recondita armonia” wykonał bez emocji, odśpiewując tylko nutki. Podczas całego spektaklu, w recytatywach, jego średnice były nie do zaakceptowania, z wyjątkiem II aktu, w świetnie przez niego zinterpretowanej głosowo i aktorsko scenie, gdy dowiaduje się o zwycięstwie Napoleona nad Melasem, wykrzykując słynne „Vittoria, Vittoria”. A gdy bierze swoje – otrzymane od Boga – „góry”, czas staje w miejscu. Równie dobrze dramaturgicznie – pod każdym względem – wykonał arię „E lucevan le stelle” z aktu III. Gratulacje!

Bogdan Kurowski (Zakrystianin – bas) – po zakończeniu przedstawienia pamięta się, li wyłącznie, Bogdana Kurowskiego, mimo że pojawia się tylko w I akcie spektaklu. Zaśpiewał swoją partię pięknym, nośnym, ciepłym, mięsistym, prawdziwie basowym głosem. Również aktorsko przygotował partię najlepiej ze wszystkich śpiewaków – prawdziwie, dosłownie, profesjonalnie i niezwykle przekonująco. Wielkie gratulacje!

Podsumowanie

Z przykrością muszę stwierdzić, że poziom wokalny w Operze Śląskiej w Bytomiu jest obecnie najniższy w całej Polsce. Ale ryba psuje się od głowy…

Ciekawy jestem kiedy przypadkowe osoby, niemające zielonego pojęcia o prowadzeniu instytucji jakimi są teatry operowe, przestaną przyjmować tak bardzo odpowiedzialne stanowiska, bo swoją niewiedzą w zarządzaniu krzywdzą wartościowych artystów.

Jednocześnie załogi teatrów powinny wspólnie się wspierać i integrować przeciwko powoływaniu niekompetentnych decydentów. Dzieje się tak już – na szczęście – w poszczególnych teatrach. Opero Śląska weź z nich przykład, bo inaczej… biada Ci, oj biada!

Oskar Świtała

Recenzja dostępna również na: e-teatr.pl

Fotografia główna: Karol Fatyga

Relacja ze spektaklu „Tosca” z 2014 roku:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *