Premiera „Giselle” w Operze Wrocławskiej – Balet klasyczny jest zawsze w modzie…

Prapremiera baletu „Giselle” odbyła się w tym samym roku, w którym wzniesiono gmach Opery Wrocławskiej, czyli 1841. Dokładnie 28 czerwca w paryskiej Królewskiej Akademii Muzycznej spektakl ten zakończył się ogromnym sukcesem.

Muzykę do baletu napisał Francuski kompozytor Adolphe Adam, żyjący w latach 1803-1856. Jego kompozycja jest prosta i nieskomplikowana w harmonii, nie jest ani bogato zinstrumentalizowana, ani potężna w brzmieniu, ale za to posiada niezwykłą delikatność, wymowność, melodyjność, jest przyjemna w odbiorze, zróżnicowana w nastrojach i po prostu romantycznie piękna.

Libretto stworzyli Jules-Henri Vernoy de Saint-Georges i Théophile Gautier, a oparli je na legendzie o zjawach z gór Harcu, spisanej przez Heinricha Heinego w jego dziele o literaturze pięknej pod tytułem „De L`Allemagne”.

Choreografów także było dwóch. Jean Coralli ułożył prawie cały spektakl i jako jedyny widniał na afiszu prapremierowym, jednak to Jules Perrot stworzył partię Giselle, przeznaczoną dla jednej z najwybitniejszych tancerek tamtego czasu, a prywatnie swojej żony, Carlotty Grisi.

Twórcy zaprezentowali typowe dla okresu romantyzmu dzieło, które w swojej treści zawierało zarówno nieszczęśliwą miłość, mieszaninę kast społecznych, romantyczne scenerie oraz świat nadprzyrodzony poprzeplatany ze światem realnym.

Wybierając się po raz pierwszy do Opery Wrocławskiej – ostatniego nieodwiedzonego przeze mnie polskiego teatru operowego – wiedziałem, że zachwycę się architekturą widowni oraz foyer, dotychczas znanych mi wyłącznie z fotografii i opowiadań. Jednak najbardziej liczyłem na to, że zobaczę spektakl, który spowoduję, że moje pierwsze wrażenia z pobytu w „polskiej La Scali” będą niezapomniane. Tak też się stało, dokładnie 27 października 2018 roku, podczas premiery baletu „Giselle”, a na mój zachwyt wpłynęło kilka czynników…

CHOREOGRAFIA

Pierwszym czynnikiem była znakomita choreografia. Podobnie jak w przypadku paryskiej prapremiery, również we Wrocławiu stworzyły ją dwie wybitne postacie świata baletu, znane artystki Ewa Głowacka oraz Zofia Rudnicka.

Zaprezentowały spektakl cudowny, całkowicie oparty na bajecznych, klasycznych tradycjach. Widać, że chciały jak najmocniej odzwierciedlić przedstawienie sprzed ponad 170 lat. Udało im się to znakomicie, czym w sposób godny najwyższego podziwu i uznania oddały hołd pierwszym twórcom tegoż baletu.

Głównym językiem choreograficznym Ewy Głowackiej i Zofii Rudnickiej była technika czystego tańca klasycznego, bez żadnych fanaberii. W mizanscenach zaprezentowały wszystkie symboliczne gesty i rekwizyty przypisane temu romantycznemu baletowi, a które to opisane zostały w libretcie, partyturowych didaskaliach, a także te, które z pokolenia na pokolenie przekazywane były drogą słowną – również im – na salach baletowych. Przecież w szczycie swoich karier, tańcząc jeszcze w balecie Teatru Wielkiego w Warszawie, uczestniczyły w klasycznej produkcji tegoż spektaklu i były zjawiskowymi odtwórczyniami: Głowacka partii Giselle, a Rudnicka Mirty.

Od lewej: Ewa Głowacka (fot. 1 i 2 ), Zofia Rudnicka (fot. 3 i 4)
Zdjęcia i ich fragmenty: archiwum TW-ON

 

Choreografki tradycję uszanowały tak bardzo, że nawet na plakacie zadecydowały, aby pominąć własne nazwiska, zaznaczając jako choreografów Coralliego oraz Perrota. W obecnych czasach jest to niespotykane. Dziś przecież współcześni twórcy nie dość, że własne nazwiska wypisują większymi literami nad protoplastami, to jeszcze „poprawiają” dawne dzieła błędnie myśląc, że są mądrzejsi.

Ten niezwykły gest Ewy Głowackiej oraz Zofii Rudnickiej był piękny, wzbudza mój największy szacunek i pokazuje, że obie Panie są wielkimi osobowościami świata baletu.  

Ewa Głowacka głównie przygotowywała solistów, a Zofia Rudnicka pracowała z corps de ballet. Swoją pracę z całym zespołem wykonały niezwykle rzetelnie, jednak z dwoma drobnymi wyjątkami…

Po pierwsze w przestawieniu pojawiał się pewien rażący chaos wizualno-estetyczny. Dotyczył on nieodpowiedniego ustawienia tancerek według wzrostu, co szczególnie widać było podczas II aktu. Momentami Willidy, zamiast stać od najniższej do najwyższej, były wymieszane. W związku z tym, pomimo że podnosiły nogi prawidłowo na 90 stopni i, mimo że trzymały prawidłowo ręce w pozach, sprawiało to wrażenie nierówności.

Po drugie, pomimo że inscenizacyjnie wszystkie mizansceny ograne były niezwykle czytelnie, to zabrakło mi  pewnych efektów specjalnych, które przecież już na paryskiej prapremierze wprowadził Jules Perrot, jak chociażby: latające nad sceną Willidy, specjalna maszyneria sprawiająca wrażenie wyłaniania się w tajemniczy sposób zza kulis zjaw, czy zapadnia powodująca powstawanie z – i znikanie do – grobu Giselle. Tego wszystkiego brakowało, a szkoda, bo jeśli można to było wykonać w roku 1841, to przy dzisiejszych możliwościach technicznych tym bardziej.

Mimo tych dwóch uwag cały spektakl był wspaniały, a choreograficznie zachwycająco dopracowany.

Ewa Głowacka doskonale przekazała solistkom i solistom klasyczne wariacje i wszystkie „pas”, a Zofia Rudnicka oprócz tradycyjnych zespołowych tańców dodała jeszcze znakomity, męski popis wiejski w I akcie, w miejscu prostego i często nudnie prezentowanego „taniuszka” ludowego, czym wzbogaciła wartość techniczną tej wiejskiej sceny.

Obie Panie ewidentnie podbudowały artystycznie zespół, który niestety rzadko z „czystą klasyką” obcuje. Wśród tancerzy, nawet tych stojących daleko z tyłu i w pewnym momencie nietańczących – na nich zawsze zwracam szczególną uwagę – widać było niezwykłe zaangażowanie, a radość z przebywania na scenie od wszystkich emanowała.

SCENOGRAFIA I KOSTIUMY

Obydwa elementy spektaklu zaprojektowała Tatiana Kwiatkowska. Mimo mojego szacunku do tej twórczyni tym razem jej scenografia nie przypadła mi do gustu. Była po prostu zbyt skromna i niezbyt precyzyjna. W I akcie brakowało klimatu wiejskiego. Pojawił się jedynie lichy domek i stodoła, a w tle zawieszono malowany ręcznie – co ogromnie chwalę! – pejzaż, jednak niemający nic wspólnego z górami Harcu i w dodatku wyglądający na wypłowiały. W akcie II widzieliśmy symboliczny grób, krzyż i bramę cmentarną – to super! – jednak w tle znowu wisiał jakiś niewyraźny, ciemny pejzaż, na którym w dodatku nie było jeziora, które ewidentnie zaznaczone jest w libretcie baletu. 

Kostiumy za to były ładne. U solistek i solistów świetne. Raziły mnie jedynie dziwnie wyglądające, dziewczęce wianuszki na głowach tancerzy zespołu w akcie I. Natomiast w akcie II kostiumy wszystkich tancerzy były przepiękne i wprost idealnie oddające charakter klasycznego spektaklu.

OŚWIETLENIE

Do oświetlenia, w programie spektaklu, nikt się nie przyznaje. Podczas wrocławskiej premiery w I akcie po prostu zapalono światła jasne, a w akcie II je przyciemniono… nic więcej. Na paryskiej prapremierze wyprodukowano świetlne lampiony, dla zbudowania nastroju przedstawienia. Tu tych efektów trochę zabrakło. Jednak tancerze, w każdym momencie wrocławskiej „Giselle”, byli doskonale widoczni, a to najważniejsze. Wiec uważam, że pomysł z tą symboliczną świetlną prostotą, był w tym przypadku trafiony. 

PROGRAM SPEKTAKLOWY

Program został wydany estetycznie, a co najważniejsze jest sprzedawany w odpowiedniej cenie.

W środku znajdziemy znakomity tekst Katarzyny Gardziny-Kubały, zawierający dogłębne, historycznie merytoryczne treści i ciekawostki związane z losami baletu „Giselle” oraz ciekawy wywiad z obiema choreografkami przeprowadzony przez kierownika literackiego Opery Wrocławskiej Adama Olafa Gibowskiego.

Niestety dział literacki wypuścił program, zawierający pewne błędy. Sam pisząc, wiem, że bardzo ciężko jest wypuszczać teksty idealne. Jednak przy takich produkcjach literówki, szczególnie w słynnych nazwiskach – Carlotta Grisi, a nie „Gisi” – trzeba sprawdzać bardzo mocno. W podrozdziale „Artyści” zamiast artystów wymienia się realizatorów i twórców. Dalej faktycznie zaprezentowani są artyści baletu, nawet na zdjęciach – to wspaniale! – jednak okazuję się, że balet posiada 4. solistów, 2. gościnnych tancerzy oraz… 26. koryfejów (Sic!). A ewidentnego odznaczenia – tak jak w poprzednich przypadkach na czerwono – kto jest w corps de ballet… brak.

Może to wszystko są nieważne szczegóły i nie powinienem zwracać na nie uwagi… jednak już szczegółem nie jest brak życiorysów artystów baletu wykonujących chociażby główne partie. O to będę walczył do końca świata i jeden dzień dłużej. W tym momencie powtórzę to, co kiedyś pisałem w recenzji z „Jeziora łabędziego” w warszawskiej Operze Narodowej, gdzie od tamtej pory zaczęto drukować piękną książeczkę z życiorysami artystów baletu – wprawdzie nieaktualnymi, ale chociaż coś…

„Nie wiem czym gorsi są tancerze od chociażby śpiewaków operowych, którzy zrobiliby wielkie awantury, gdyby ich życiorysy nie pojawiły się w programie. Wiem, że jest teraz czas dyrektorów, choreografów, reżyserów, dyrygentów i na nich nie szkoda papieru, tylko na artystów baletu, którzy są często narzędziami do ich karier.” Uderzam w stół… niech nożyce się teraz odezwą!

Może nowe kierownictwo wrocławskiego baletu zacznie bardziej, niż ich poprzednicy, cenić swoich wspaniałych tancerzy, o których chętnie bym w programie poczytał… a przypuszczam, że nie jestem jedyny.        

AKUSTYKA, ORKIESTRA I DYRYGENT

W tej przepięknej architektonicznie sali akustyka jest fenomenalna. Widownia aż drżała od dźwięków muzyki, rozchodzących się po jej zakamarkach. Artyści muzycy orkiestry Opery Wrocławskiej zagrali fantastycznie pod batutą znakomitego azerskiego dyrygenta, czującego świetnie baletowe tempa, Ayyuba Guliyeva.

A TERAZ NAJWAŻNIEJSI – ARTYŚCI BALETU

Artyści baletu Opery Wrocławskiej przeszli samych siebie. Pomimo tego, że do tej pory tańczyli mało „klasyki” i widać było u nich brak klasycznej swobody scenicznej, zaprezentowali się fantastycznie. Wszyscy tancerze byli niezwykle zaangażowani, w każdym momencie spektaklu. Byłem tym faktem pozytywnie zbudowany.

Przyjemnie patrzyło się na corps de ballet, który wystąpił na znakomitym poziomie artystycznym – a bycie artystą na scenie jest dla mnie najważniejsze. Technicznie było zadowalająco, ale to dla mnie mniej ważne. Jedynie zwróciłbym uwagę na większą dbałość o utrzymanie równych linii i na trzymanie tych samych odstępów pomiędzy sobą. Odnosi się to głównie do tancerek zespołu, które natomiast zrobiły na mnie szczególne wrażenie, wykonując niezwykle trudne wytrzymałościowo i technicznie „czołgi” w akcie II. Tancerze zespołu w akcie wiejskim wystąpili bez zarzutu, równo i czysto technicznie, a przede wszystkim wraz z tancerkami cudownie aktorsko.   

I właśnie to poczucie, że mam do czynienia z artystami, a nie jedynie rzemieślnikami, było dla mnie najwartościowsze.

Podczas spektaklu szczególnie zaznaczyli się:

Niestety niekorzystnie zaznaczył się Hilarion. Zatańczył tę partię tancerz Won June Choi, który zdecydowanie stał się najsłabszym ogniwem tego spektaklu. Przede wszystkim był wizualnie źle obsadzony. Jak na leśniczego był mocno „chuderlawy”, tak bardzo, że wyglądało to wręcz nieestetycznie i nie pomagało mi utożsamić się z kreowaną przez niego postacią. Artystycznie prezentował tylko jedną emocję – nerwowość. Przez cały spektakl był taki sam, a Hilarionem w tym balecie targają przecież tak bardzo zróżnicowane emocje. Natomiast technicznie było super – tylko czy to wystarczy?

Wśród zespołu wyróżniała się Anna Mendakiewicz – tancerka posiadająca piękne proporcje ciała oraz zjawiskowe warunki techniczne. Jest absolwentką dwóch szkół baletowych: bytomskiej oraz stuttgardzkiej Johna Cranko. Tańczyła w wiedeńskiej Staatsoper, w balecie Borisa Eifmana, a następnie Polskim Balecie Narodowym. Niestety kontuzja spowodowała jej chwilową przerwę w karierze, na szczęście szybko powraca do formy i obecnie zasila balet Opery Wrocławskiej.

Pas de deux wiejskie („wstawne”) zatańczyli Natsuki Katayama, która prezentowała wspaniały aplomb w piruetach oraz Łukasz Ożga, który w całości – wizualnie i technicznie – znakomicie został obsadzony w tej partii i zatańczył ją na bardzo dobrym poziomie, chodź chciałoby się widzieć mniej spięcia, a więcej swobody na jego twarzy podczas wykonywania wariacji.

Dwie Willidy to Sherly Belliard oraz Dajana Kłos. Obydwie tancerki technicznie zatańczyły bardzo dobrze, jednak to Dajana Kłos zdecydowanie się wyróżniała, gdyż emanowała swoim przepięknym uśmiechem tak bardzo, że gdy tylko pojawiała się na scenie, szczególnie w akcie I – i w ukłonach także – nie można było od niej wzroku oderwać.

Partię Batyldy wykreowała Martyna Dobosz. Każdy element jej emploi pasuje do roli księżniczki. Jest piękna, wysoka, a w postawie i sposobie bycia na scenie po prostu elegancka. Swoją urodą przyciągała uwagę również jako jedna z Willid w akcie II. Tenże akt również technicznie zatańczyła znakomicie. Natomiast za akt I i jej znakomitą grę aktorską, należą się Martynie Dobosz osobne brawa.

Partię Mirty zatańczyła Ines Furuhashi-Huber. Zinterpretowała ją zjawiskowo. Była przeszywająco chłodna w roli zjawy. Technicznie również pokazała się z bardzo dobrej strony.

 

W rolę Alberta wcielił się Robert Kędziński. O tym jak wygląd jest ważny na scenie, najlepiej można się przekonać, przyjeżdżając na spektakl z udziałem właśnie tego artysty. Jest bowiem jednym najpiękniej prezentujących się na scenie tancerzy w Polsce. I już dzięki temu Robertowi Kędzińskiemu wybaczało się niepewne piruety, słabą kondycję i częsty brak kontaktu wzrokowego z partnerką (głównie w Pas de deux z II aktu). Szczególnie pięknie pracował rękoma, a jego dłonie nie były martwe tylko żywe, na co zawsze zwracam uwagę, a o czym tancerze i pedagodzy często zapominają. Również znakomicie poruszał się po scenie. Partię emocjonalnie poprowadził bardzo dobrze. Jego emocje odzwierciedlały zarówno muzykę, jak i sytuacje zapisane w libretcie. Pomimo paru niedociągnięć technicznych, zaprezentował naprawdę wysoki poziom wykonawstwa. Wielkie gratulacje…

Tytułową Giselle była Remy Lamping. To wspaniała młoda artystka. Scenę finałową w akcie I – przejścia z radości w szaleństwo – ograła tak, że ciarki przeszywały ciało. Zanim jeszcze obróciła się do publiczności i zobaczyliśmy jej emocje na twarzy, już czułem, że w swojej głowie zmienia osobowość. To był majstersztyk. Przez cały spektakl czarowała znakomitą mimika twarzy, która odzwierciedlała każdą jej emocję, a oczy przepełnione były głębią roli. Technicznie było ciut gorzej, gdyż w wariacjach miała zbyt sztywne ręce i nie najładniejsze podbicie, szczególnie w akcie II, za to jej nogi były świetnie wykręcone, a pozostałe elementy techniczne zatańczyła dobrze. Jednak powtórzę jeszcze raz, gdy tancerz jest artystą i zatraca się w prezentowanej roli, wybacza mu się pewne niedociągnięcia techniczne, a na odwrót już nie. Tak też było w przypadku Remy Lamping, która zdecydowanie zrobiła na mnie największe wrażenie podczas tego spektaklu. Ogromne gratulacje…

PODSUMOWANIE

Giselle jest dziełem ponadczasowym i urzekającym widzów od ponad 170. lat. Oczywiście, jeśli jest prezentowana przez współczesnych realizatorów klasycznie i w niezmienionej formie. A mamy przecież obecnie taki niedosyt „klasyki” w sztuce. Taką też wspaniałą wersję, przenoszącą widza w piękne czasy oraz odrywającą od szarości dnia codziennego, posiada w swoim repertuarze Opera Wrocławska. Szkoda tylko, że teatr ten wystawia ją w tym sezonie tylko parę razy…

Szansę odmienienia ilości wystawiania spektakli mieć będzie nowa kierowniczka wrocławskiego baletu Joanna Szymajda. Postać, która podjęła się nie lada trudnego wyzwania, gdyż jak mawiają artyści „jest osobą spoza środowiska”. Z wykształcenia jest doktorem nauk humanistycznych i absolwentką teatrologii i psychologii. W historii polskiego baletu jeszcze nikt z takim wykształceniem nie zarządzał zespołem baletowym. Oby Pani Joannie Szymajdzie udało się zagwarantować należyte dla swoich wspaniałych tancerzy warunki pracy. Początek kadencji ma dobry: wyprodukowała świetną premierę, a teatralne myszki doniosły mi, że zespół ją polubił. Osobiście zresztą przekonałem się, że Pani Szymajda jest niezwykle sympatyczną osobą, ale znowuż jak mawiał klasyk „bycie sympatycznym to jeszcze nie zawód”. Będę trzymał kciuki za nową panią kierownik, przede wszystkim dla dobra tancerzy, gdyż oni są najważniejsi.

Wrocławska „Giselle”, pomimo moich paru uwag, jest godna najwyższych zachwytów i polecenia. Jest wartościowa, bo tradycyjna i zachwycająca, bo dobrze tańczona. Z przyjemnością będę wracał do Opery Wrocławskiej specjalnie na tę produkcję.

Ewa Głowacka i Zofia Rudnicka oraz wszyscy tancerze baletu, na czele z Remy Lamping i Robertem Kędzińskim wykonali „kawał dobrej roboty”. A reakcje publiczności są dowodem na to, że balet klasyczny jest zawsze modny i nigdy nie zginie!

Mam jednocześnie cichą nadzieję, że balet wrocławski będzie tańczyć coraz częściej na scenie. Tylko dzięki temu można zrealizować marzenia każdego tancerza o byciu oklaskiwanym artystą scenicznym, a nie głównie tym, który całymi dniami ślęczy na salach baletowych i wysłuchuje uwag. I tego życzę przede wszystkim Artystom Baletu Opery Wrocławskiej.

Oskar Świtała

Zdjęcie główne: Remy Lamping i Robert Kędziński, fot. Ewa Krasucka/Opera Wrocławska
Zdjęcia tancerzy: Opera Wrocławska
Tekst dostępny również na stronie e-teatr.pl

Ad vocem: “Premiera „Giselle” w Operze Wrocławskiej – Balet klasyczny jest zawsze w modzie…

  1. Szanowna Pani pisząca pod pseudonimem Balerina…
    pisze Pani podając fałszywego maila balerina@interia.pl. Nie mogąc odpowiedzieć Pani mailowo, odpowiadam wiec w komentarzu, aby nie poczuła się Pani przeze mnie zlekceważona…
    Ze względu na zbyt obraźliwy ton Pani komentarza nie umieszczę go na stronie. Gdyby dotyczył mojej osoby, zatwierdziłbym go, jednak dotyczy artystki, która nie jest związana ze stroną Sympatycy Sztuki, a jedynie znalazła się w treści mojej recenzji. Porusza Pani w swoim komentarzu sprawy zbyt prywatne oraz jest on mało merytoryczny. Gdyby Pani była uprzejma się podpisać z imienia i nazwiska to wtedy bym zastanowił się nad jego umieszczeniem, jednak w tym przypadku jest to niemożliwe. Tekst jest zamieszczony również na facebooku, tam śmiało można komentować, posługując się prywatnym profilem, biorąc na siebie całą odpowiedzialność za głoszone słowa, jednak i tam inwektywy nie są mile widziane.
    Kieruję tę odpowiedź nie tylko do „Baleriny”, ale również do wszystkich „życzliwych”-anonimowych!

    Oskar Świtała

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *