„Nasz Chopin” w Operze Narodowej – Dwie perły polskiego baletu…

17 listopada 2018r. w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej odbyła się patriotyczna premiera baletu „Nasz Chopin”, zapowiedziana w związku ze 100-leciem odzyskania niepodległości przez Polskę.

Wieczór składał się z dwóch części. W pierwszej zobaczyliśmy choreografię Liam`a Scarletta, ułożoną do I Koncertu Fortepianowego e-moll Fryderyka Chopina (który skomponowany został jako drugi), a w drugiej części zobaczyliśmy choreografię Krzysztofa Pastora do II Koncertu Fortepianowego f-moll Fryderyka Chopina (który skomponowany został jako pierwszy).

Dramaturgię „koncertu f-moll” stworzył Daniel Przastek. Przed premierą, w świetnie poprowadzonej rozmowie przez Macieja Krawca, niezwykle ciekawie opowiadał o swojej pracy z dziełem baletowym. Notabene, tego typu przedspektaklowe spotkania odbywają się w głównym foyer Opery Narodowej na 45 min. przed każdym przedstawieniem, zawsze z innym gościem.

Do obydwu choreografii kostiumy i scenografię zaprojektowała Tatyana van Walsum, a światła wymyślił Yaron Abulafia.

Jednak bezdyskusyjnymi gwiazdami wieczoru byli tancerze Polskiego Baletu Narodowego, którzy wprost fenomenalnie zatańczyli oba koncerty, a wśród nich znalazły się również dwie perły…

ZJAWISKOWY POLSKI BALET NARODOWY

Polski Balet Narodowy zatrudnia obecnie 12. pierwszych solistów, 11. solistów, 14. koryfejów oraz 43. tancerzy corps de ballet. Czyli: 80. artystów, w tym 42. tancerki i 38. tancerzy.

Ponad połowa z nich uczestniczyła w sobotniej premierze. Technicznie wszyscy zatańczyli niezwykle równo, wykonując precyzyjnie powierzone zadania. Natomiast emocjonalnie nie wszyscy tancerze w równym stopniu podeszli do spektaklu. Widać to było szczególnie w scenach zbiorowych.

Na szczęście podczas przedstawienia pojawili się nie tylko rzemieślnicy, ale również artyści, którzy tę wartościową energię posiadali, a pod tym względem zdecydowanie wyróżniali się: Eliza Walaszczyk, Paulina Jurkowska, Swietłana Owsiankina, Olga Yaroshenko, Margarita Simonowa i Anna Lorenc.

Z tancerzy, którzy wykonywali partie solistyczne, na szczególne gratulacje zasłużyli:

Marta Fiedler – wspaniała artystka, która emocje zawsze traktuje priorytetowo.

 

 

Carlos Martin Perez –  wśród tancerzy najznakomitszy aktor. Za każdym razem budzi mój zachwyt swoimi dogłębnymi analizami ról.

 


Palina Rusetskaya
– gdy skacze świat staje w miejscu. Posiada plastyczny, lekki i wysoki skok oraz niezwykłą umiejętność zawisania w powietrzu, szczególnie w „grand pas de chat”. Jej piękna rozwartość i podbicie robią wrażenie. Artystycznie także była znakomita.

Vadzim Kezik – jest koryfejem PBN. Tańczył świetnie. Przyciągał uwagę zarówno w choreografiach Scarletta, jak i Pastora. To silny i mocny w budowie ciała tancerz, co obaj choreografowie wykorzystali. Dużo podnosił. Emocjonalnie bardzo dobrze pokazał się u Pastora, a u Scarleta tylko dobrze.

Patryk Walczak – coraz lepiej partneruje, co zobaczyć można było w choreografii Scarletta. Technicznie wykonał wszystko znakomicie. Na scenie prezentował się świetnie, a jego strona artystyczna była na mocno zadowalającym poziomie.

 

Aneta Zbrzeźniak – cudowna pod każdym względem. Wspaniała technicznie i emocjonalnie. Nic dodać nic ująć.

 

 

Chinara Alizade i Dawid Trzensimiech – technicznie zjawiskowi. Obydwoje fantastycznie zatańczyli niezwykle trudny kondycyjnie – około 10 minutowy – piękny, pełen ciekawych podnoszeń duet, w choreografii Liam`a Scarletta. Chinara Alizade była zwiewna i romantyczna, a Dawid Trzensimiech wspaniale jej partnerował oraz nareszcie wydobył z siebie emocje, których do tej pory u tego tancerza mi brakowało. Gratulacje!

Yuka Ebihara i Vladimir Yaroshenko – obydwoje jako tzw. „odrodzeni” oczarowali mnie w drugiej choreografii wieczoru. Wszystkie duety wykonali zjawiskowo. To jedni z najlepszych tancerzy w Polsce. Jak zawsze zachwycali poziomem technicznym, ale tego wieczoru głównie emocjonalnym. Wspaniale interpretowali muzykę Chopina swoim ruchem. A Vladimir Yaroshenko dodatkowo świetnie partnerował.

DWIE PERŁY WIECZORU

Dwiema perłami wieczoru byli: pierwsza solistka PBN Dagmara Dryl oraz solista PBN Kristof Szabo. Zatańczyli piękny duet tzw. „odrodzonych” w choreografii Krzysztofa Pastora. Dyrektor PBN technicznie wyciągnął z nich wszystko to, w czym wyglądają i czują się najlepiej.

Dagmara Dryl zachwycała piękną rozwartością, pewną techniką, zwiewnymi skokami. Ręce i talia były u niej cudownie roztańczone, a nogi znakomicie pracowały. Tak, jak w balecie być powinno. W całości wyglądało to zjawiskowo.

 

Kristof Szabo znakomicie partnerował, a technicznie każdy element wykonał bez zarzutu. 

 

 

Jednak najważniejsze były ich emocje. Gdy tylko podbiegli na środek sceny, aby rozpocząć swój duet, już rozsiewali czar. Gdy patrzyłem, jak budują relację miedzy sobą, pokazując niezwykle autentyczne zakochanie w sobie, to aż ciarki przeszyły moje ciało. To było tak prawdziwe.

Po premierze na bankiecie miałem przyjemność porozmawiać z obojgiem tancerzy. To z jakim szacunkiem o sobie nawzajem mówili, budzi mój największy podziw. Powinni być wzorem dla wszystkich tancerzy. Jeśli artyści mieliby takie piękne odniesienia do swoich scenicznych partnerów, to ich występy podczas spektakli zawsze byłyby tak znakomite.

Wspólnie zbudowali to, co widz przychodząc na spektakl rozumie najmocniej, czyli głębokie emocje wokół tańca. Publiczność przecież nie musi znać się na technice baletowej, ale każdy widz doskonale zna się na emocjach. Doświadcza ich przecież każdego dnia.  

Dagmaro, Krzysztofie, za te emocje, którymi publiczność obdarowaliście, za Waszą artystyczną mądrość i inteligencję w budowaniu scenicznych kreacji, teraz jako widz i sympatyk baletu, serdecznie Wam dziękuję, a występu ogromnie gratuluję!   

POPRAWNA ORKIESTRA I DYRYGENT

Poprawnie zagrali artyści orkiestry Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Dyrygent Grzegorz Nowak nie wydobył z muzyków tej głębi muzyki Chopina, do której przyzwyczaili mnie filharmonicy warszawscy podczas finałów ostatniego „Konkursu Chopinowskiego”, a co cały czas mam w uszach. Jednak dyrygent świetnie czuwał nad wszystkimi tempami, które widać było, że pasują tancerzom.

ZNAKOMITY KRZYSZTOF JABŁOŃSKI

Przy fortepianie, obydwa koncerty, wirtuozowsko wykonał i zjawiskowo zinterpretował pianista Krzysztof Jabłoński, który jak sam stwierdził podczas popremierowego bankietu: „To nie ja znalazłam balet, to balet znalazł mnie”. Przewrotne stwierdzenie Krzysztofa Jabłońskiego jest prawdą. Po raz pierwszy bowiem współpracę z baletem zaproponował pianiście w roku 1999 ówczesny dyrektor baletu warszawskiego Emil Wesołowski. Było to „Fortepianissimo” w choreografii Lorki Massine’a, do muzyki oczywiście Fryderyka Chopina. Od tamtej pory z baletem Opery Narodowej Krzysztof Jabłoński współpracował jeszcze przy tytułach „Chopin, artysta romantyczny”, a teraz ponownie przy Chopinie, lecz już „Naszym…”.

„KWIECISTY” SKANDAL

Ostatnimi czasy publiczność odwiedzająca warszawski Teatr Wielki może zauważyć, że artyści baletu nie otrzymują na scenie kwiatów. Dyrekcja zatrzymała tę piękną, sięgającą wieków tradycję teatralną, która zawsze honorowała wysiłek tancerzy.

Kwiaty otrzymywali zarówno pierwsi soliści od swoich wielbicieli, jak i również artyści drugoplanowi, czy zespołowi, od przybyłych na spektakle przyjaciół lub członków rodzin. Dawało to wszystkim poczucie pewnego spełnienia. Nawet, gdy tancerz został obdarowany raz w życiu, to zapamiętywał ten moment na zawsze i o nim często opowiadał. Natomiast kiedy bukiety dostawały koleżanki i koledzy, to miło było patrzeć na ich szczęście.

Teraz zamiast mieć wręczane kwiaty na scenie, tancerze odnajdują je w umywalkach, w wiadrach lub rzucone pod drzwiami garderób. Sami muszą sprawdzać, do kogo one należą. Jest to oburzające i jak najgorzej świadczące o dyrekcji, która pozwoliła tak upokarzać swoich artystów.

Ucieszyło mnie jak zobaczyłem, że chociaż na premierze tancerze – nie tylko ci pierwszoplanowi – mogli otrzymać kwiaty na scenie. Przypuszczam jednak, że niestety była to wyjątkowa decyzja, związana z tym, że realizatorom trzeba było je wręczyć właśnie tam, a sami „ukwieceni” wyglądaliby na estradzie co najmniej śmiesznie. Dyrektor Krzysztof Pastor, dostał ich tyle – co było piękne i zrozumiałe – że nie mógł ich utrzymać w rękach. Jednak może zacząłby od siebie swój zakaz realizować. Poczułby wtedy jak to jest, gdy kwiaty które tym razem otrzymał na scenie, razą następną znalazłby w wiadrze na dyrektorskim biurku.  

To wszystko nie tylko obraża tancerzy, ale również zniechęca publiczność do obdarowywania artystów. Wielu moich znajomych melomanów oraz stowarzyszeń miłośników baletu przestało w związku z tym wyróżniać swoich ulubieńców. I nie mówię tu o premierowych spektaklach, lecz o tych codziennych, na których otrzymanie kwiatu było podwójną niespodzianką. A do tej pory kupowali je z różnych okazji: czasami z platonicznej miłości, czasem w związku z debiutem w drobnej partii, czasem bo mieli kaprys sprezentowania choć jednej róży dla ulubionego tancerza (niekoniecznie solisty!), lub właśnie dla solisty, który tym razem tańczył w zespole… Powodów były dziesiątki. Krótko mówiąc, apeluję do Krzysztofa Pastora o zmianę swojej niechlubnej decyzji.

PODSUMOWANIE

Brak emocji na scenie obraża publiczność. Każdy widz wie jak to jest być radosnym, smutnym, złym, zdenerwowanym, zdziwionym, szczęśliwym, zaskoczonym, obrażonym czy uśmiechniętym.

Artyści Polskiego Baletu Narodowego niestety prawie wcale nie otrzymują od dyrektora i pedagogów uwag, dotyczących emocji oraz wskazówek, odnoszących się do budowania charakterów powierzonych im postaci. Obserwowałem to i doświadczałem tego przez 8 lat swojej pracy w tym zespole. Uwagi dotyczyły jedynie techniki oraz równego i muzycznego wykonywania elementów. Na salach baletowych panowała zbyt ostra dyscyplina, co tylko stresowało artystów, a nie budowało w nich radości z tańczenia. Musieliśmy kierować się tylko własną artystyczną intuicją. Nikt nas nie nakierowywał i nie kształcił artystycznie.

Teraz, gdy już zasiadam po drugiej stronie kurtyny czuję, że nic się nie zmieniło. Poza tym jestem z tancerzami, na co dzień, w stałym kontakcie. Widać, że powoli artyści Polskiego Baletu Narodowego stają się perfekcyjnie tańczącymi „robocikami”, a przestają być dowartościowanymi, przepełnionymi pozytywnymi emocjami ludźmi, którzy zarażają głębokim wewnętrznym pięknem, siedzącą na widowni publikę. Zaczyna mnie to mocno martwić…

Wieczór „Nasz Chopin” pod względem choreograficznym był bardzo przeciętny. Pierwsza częsć była ciekawsza w partnerowaniach, a druga w dramaturgii. Niczym jednak specjalnym obaj choreografowie się nie wyróżnili. Podobne twórczości już wielokrotnie widziałem na tej scenie. Dotyczy to szczególnie choreografii Krzysztofa Pastora. Jak się okazuje, ma bardzo ubogi wachlarz języka choreograficznego, którym się posługuje. Po obejrzeniu kilkunastu choreografii dyrektora PBN – a w dodatku, gdy w większości z nich tańczyłem – wiem, co za chwilę zobaczę i już zaczęło mnie to nudzić. Na szczęście jego spektakl był łady wizualnie dzięki kostiumom i oświetleniu sceny.   

Od jakiegoś czasu więcej mówi się i pisze o twórcach niż o artystach. Najczęściej z tym przypadkiem spotykamy się w sztuce baletowej. Tancerze stali się tylko narzędziami do karier realizatorów. Ten trend, dzięki znakomitemu pijarowi, jest tak silny, że zaraził również publiczność, która zaczęła znacznie częściej analizować i komentować twórców, zamiast artystów. Rozmawiam przecież z publiką prawie każdego dnia, podróżując do niemal każdego artystycznego zakątka naszego kraju.

Proszę wszystkich widzów, aby nie zapominali, że podczas przedstawienia najważniejsi są ci, którzy biorą w nim czynny udział. Dlatego, po raz kolejny, z radością głośno wykrzykuję: Gwiazdami premiery „Nasz Chopin” byli TANCERZE Polskiego Baletu Narodowego!

©Oskar Świtała

Zdjęcie główne: Ewa Krasucka TW-ON
Zdjęcia artystów: Polski Balet Narodowy 

 

Ad vocem: “„Nasz Chopin” w Operze Narodowej – Dwie perły polskiego baletu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *