Drewniany koszmarek przed Narodową Galerią Sztuki „Zachęta”

Przechodząc obok pięknego gmachu Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta” natknąłem się na stertę drewna leżącą nieopodal wejścia do tego historycznego budynku. Ze smutkiem pomyślałem, że znowu wycinają drzewa w pięknej, kolorowej w jesień Warszawie.

Jednak wokół nie było ani jednego pnia po ściętych drzewach, ani śladów obecności drwali. Zacząłem więc gdybać dalej… Może miejscowi kloszardzi zbudowali sobie metę w centrum stolicy naszego mocarstwa? A może trwa remont stojącej nieopodal świątyni Ewangelicko-Augsburskiej, a to co widzę, to tylko szczątki jej wyposażenia? Lub młodzież z pobliskiego liceum zrobiła dobry uczynek, sprzątając połamane gałęzie i śmieci w swojej okolicy? Po trzykroć się myliłem. To było „dzieło sztuki”!

Okazało się, że parę tęgich głów reprezentujących sztukę współczesną – żeby nie robić im reklamy, pomijam ich nazwiska – wpadło na wprost genialny pomysł, aby „upiększyć” plac Małachowskiego o tzw. „Wiatrołomy 2018”.

Na tabliczce umieszczonej przed tym – z pewnością wiekopomnym – „dziełem sztuki”, wydrukowano tekst. Oto jego fragment:

„Wiatrołomy 2018 to przestrzeń stworzona przez…(kogoś tam)… na placu Małachowskiego. Wraz z zaproszonymi gośćmi zainicjowali oni kongres rzeźbiarzy – plener zachęcający, aby poprzez rzeźbę realizować pozytywne i twórcze działania w przestrzeni wspólnej i własnej. W efekcie powstało wiele dzieł indywidualnych i jedna wspólna rzeźba”.

Poniżej zdjęcia prezentujące cały tekst oraz efekt twórczego działania kongresu:

Nie wierząc w to co widzę i co czytam, zacząłem dyskutować z własnymi poglądami i zadawać sobie pytania: Czy aby rozrzucić trochę drewna trzeba powoływać kongres? A może to, co leży przed muzeum, jest jakimś efektem pięknej współpracy ze szpitalem psychiatrycznym, a ja nie doceniam ważnej dla osób chorych rehabilitacji? A może to jest na prawdę wartościowe dzieło i wielcy rzeźbiarze, tylko ja jestem po prostu niedouczony? A jeśli faktycznie tak jest, to kim wtedy są takie postacie, jak: Konieczny, Myjak, Mitoraj, itd., itp…?

Wewnętrznych dyskusji oraz pytań rodziło się znacznie więcej w mojej głowie i mimo, że nie narzekam na brak wiedzy o sztuce, dystansu do świata, wybujałej fantazji, a także poczucia humoru, to jednak patrząc na ten „drewniany koszmarek”, nie potrafiłem znaleźć ani mądrych, ani głupich, ani nawet ironicznych odpowiedzi na swoje dylematy.

Na stojącej tabliczce było jeszcze napisane, że „plener” ten został zrealizowany na jednym z placów w Zurychu. Przypuszczam, że biło się o niego jeszcze wiele innych ważnych europejskich miast! Tamte walczyły o to, aby „Wiatrołom” stanął w Zurychu i Warszawie, a Zurych i Warszawa żeby stanął tam. Niestety przegraliśmy…

Na samym końcu autorzy tekstu zaznaczyli – i słusznie! – że „obiekt jest monitorowany”. Gdyby nie to ostrzeżenie, z pewnością warszawiacy posiadający kominki, w związku z rozpoczętym sezonem grzewczym, wzięliby sobie „dzieło sztuki” do domów… na podpałkę.

Od długiego czasu obserwuję to, co wystawiane jest w gmachu Zachęty i jestem przerażony: jakieś nazistowskie prezentacje (które słusznie w ramach protestu pociął szablą Daniel Olbrychski), jakieś filmy i zdjęcia porno (puszczony gejowski film pornograficzny i wywieszone zdjęcia przypominające znane osoby w obscenicznych scenach), czy jakieś tzw. instalacje, ośmieszające i kpiące sobie z wybitnych Polaków (Jan Paweł II przygnieciony przez meteoryt), itd…! A co najgorsze, to wszystko utrzymywane jest z budżetu państwa – z naszych pieniędzy!

Dyrekcja tej instytucji jednak zaczyna przekraczać kolejne granice przyzwoitości i wychodzi ze swoimi pomysłami, poza obręb własnych murów. To działanie jest ogromnie nachalne, ogłupiające, niebudujące żadnej wartości, a także obrażające i nie szanujące wszystkich ludzi wrażliwych na estetykę oraz piękno.

Takie praktyki również ośmieszają Warszawę w oczach gości z innych polskich miast oraz z zagranicy. Może nie wszystkich to obchodzi, ale mnie tak – mam nadzieję, że nie jestem jedyny… Miejsce to jest przecież jednym z najważniejszych szlaków turystycznych Stolicy. Obok znajduje się Ogród Saski i Plac Piłsudskiego, a w pobliżu Plac Teatralny oraz Krakowskie Przedmieście.

Gdy natknąłem się na to „dzieło sztuki”, akurat stała przy nim wycieczka, która mocno go wyśmiewała i jednocześnie nieprzyzwoicie kpiła z Warszawy i jej mieszkańców. Oczywiście nie rozumieli jak może nam się to podobać oraz jak możemy na to pozwalać – ze względów cenzuralnych nie przytoczę ich słów.

Było to niezwykle przykre, ale niestety bardzo sprawiedliwe.

To właśnie ta reakcja przypadkowych osób zmobilizowała mnie do napisania tego tekstu. Gdyby nie ona, prawdopodobnie tylko spojrzałbym na to wszystko z politowaniem i poszedł dalej.

Działalność „twórców sztuki współczesnej” sięgnęła dna. Znaczenie pięknego, zaszczytnego i przeznaczonego dla wybitnych jednostek zawodu artysty-twórcy potwornie się zdewaluowało. Każdy półinteligent może być artystą, a po remoncie, w domowej piwnicy, każdy ma muzeum. Najlepszym tego przykładem jest właśnie ten „drewniany koszmarek” pod budynkiem Zachęty.

To, że tak niski poziom aspiracji posiadają niektóre muzea sztuki współczesnej – czasami się potknę i tam wpadnę – jest w dzisiejszych czasach dla mnie wprost niepojęte. Żyjemy przecież w dobie Facebooka, YouTube, czy ogólnie Internetu. Zasypywani jesteśmy setkami udostępnianych zdjęć i filmików, na których prezentowane są dokonania artystów, nierzadko przekraczające nasze wyobrażenie o ludzkich możliwościach. Często są to prywatni, nikomu nie znani oraz anonimowi artyści, których podziwia cały świat, o czym świadczą milionowe liczby wirtualnych wyświetleń, a mimo to w muzeach, tam gdzie powinni wystawiać swoje dzieła, nie ma dla nich miejsca. Za to na „Wiatrołomy” i podobne dziwactwa jest.

Może faktycznie nie zrozumiem kierunku sztuki współczesnej, może faktycznie urodziłem się o minimum 100 lat za późno, może faktycznie „sztuka poszła dalej…” a ja ciągle nie wiem gdzie? Ale wiem, że bez względu na epokę, dla ludzi w pełni żyjących sztuką, interesujących się jej historią, obcującym z nią często w szerokim zakresie, a przede wszystkim chcącym docenić ciężką pracę artystów, którzy aby stworzyć coś wartościowego szlifują wiele lat swój warsztat zawodowy i nad jednym dziełem spędzają wiele tygodni, a czasem lat, nazywanie porozrzucanych drewien rzeźbą i promowanie pseudoartystów, określając ich mianem artystów, zawsze będzie nieuczciwe, nieprzyzwoite, wymagające głosu protestu i po prostu smutne.

Tym razem zamiast promować to, co w sztuce jest piękne i wartościowe, poruszyłem temat pewnego brzydkiego „drewnianego koszmarku”, który stał się dla mnie symbolem negatywnego kierunku w sztuce współczesnej. Jednak sumienie Sympatyka Sztuki nie pozwoliło mi tego przemilczeć.

Mimo wszystko, aby nie kończyć tekstu o nowoczesnej twórczości patetycznie i negatywnie, mając jednocześnie nadzieję, że decydenci trochę się zreflektują i opanują – marzenie ściętej głowy – chciałbym podkreślić, że mamy w Polsce i na świecie piękne, współczesne wystawy i wartościowych, młodych i nieco starszych artystów, tworzących sztukę współczesną. Niestety bez koneksji, dużych pieniędzy czy poparcia ze strony takich instytucji, jak chociażby właśnie Zachęta, nie maja gdzie się prezentować i artystycznie umierają. Ja zobowiązuję się, że na stronie Sympatyków Sztuki będę o nich pisał znacznie częściej, niż o tych, o których w powyższym tekście napisałem i tak za dużo.

No i… wszystkim sympatykom sztuki życzę, aby takich „Wiatrołomów” – symbolu upadku sztuki współczesnej – w swoim życiu oglądać nie musieli, a jeśli już, to tylko dwa razy: pierwszy i ostatni!

Oskar Świtała 

Więc na koniec to, co wartościowego potrafią nieść ze sobą nowocześni rzeźbiarze: 🙂

3 thoughts on “Drewniany koszmarek przed Narodową Galerią Sztuki „Zachęta”

  1. Podpisuję sie dwoma rękoma pod Pana tekstem. A dzisiaj czytam, że wreszcie koniec tego bałaganu! Straszne to co zrobili temu miejscu i to przez całe wakacje! Ohyda!

  2. Dziękuję za tę recenzję. Prawie codziennie przechodzę przed Zachętą z nadzieję, że jakaś dobra dusza uprzatnie ten śmietnik, od jakiegoś czasu zwieńczony polską flagą narodową (!). Pomyśleć, ze ta profanacja sztuki i flagi państwowej dzieje się o kilkaset metrów od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego! Czy Ministerstwo o tym nie wie, czy nie interesuje się tym prokuratura? Może warto zainteresować sprawą te instytucje?

  3. Swoją drogą szkoda, że w naszej warszawskiej przestrzeni publicznej jest tak mało sztuki „wśród ludzi”. Rzeźb, które wzbudzą emocje, czasem tak błache, że aż się człowiek zdziwi i przystanie, a nie tylko pompatyczne pomniszcza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *