Don Giovanni w Polskiej Operze Królewskiej – Trudna przeprawa sukcesem zakończona

Niesiony falą sukcesów w czeskiej Pradze, związanych głównie z premierą „Wesela Figara”, Wolfgang Amadeusz Mozart otrzymuje propozycję skomponowania nowej opery. Dziełem tym będzie historia o uwodzicielu bez skrupułów Don Giovannim.

Od propozycji, która padła z ust włoskiego impresario Pasquale Bondiniego, do prapremiery, która odbyła się 29 października 1787 roku w gmachu Stavovskego divadla (ówcześnie Graflich Nostitzsches National-Theater) minęło prawie 8 miesięcy. W tym czasie Mozart zdążył skomponować około 20. nowych utworów głównie kameralnych oraz pieśni, a okres ten (lata 1787-88) przez znawców tematu zaliczany jest do najbardziej „romantycznych” w twórczości tego genialnego austriackiego kompozytora.

W kwietniu 1787r. Mozart otrzymuje od swojego ulubionego librecisty Lorenzo da Ponte treść opery, lecz za komponowanie „Don Giovanniego” zabiera się dopiero w ciągu lata. We wrześniu ma już większą część partytury, którą postanawia dokończyć przyjeżdżając do Pragi, natomiast słynną uwerturę – jak przystało na geniusza – Mozart komponuje w przeddzień prapremiery (w nocy z 27 na 28 października).

Właśnie operą „Don Giovanni”, w czwartek 5 lipca 2018r., Polska Opera Królewska zainaugurowała pierwszą edycję, trwającego do 27 lipca, „Festiwalu” – który co dziwne nie ma nazwy, przez co nie wiadomo tak naprawdę czego dotyczy.

Premiera ta odbyła się w przepięknym, „bombonierkowym”, niezniszczonym podczas II wojny światowej, a otwartym 6 września 1788r. XVIII-wiecznym teatrze dworskim, zwanym „Teatrem Królewskim w Starej Oranżerii” lub „Stanisławowskim” – od imienia króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, któremu zawdzięczamy Łazienki Królewskie w stolicy Polski, w których to mieści się tenże Teatr.

REŻYSERIA I SCENOGRAFIA

Reżyserię i scenografię stworzył dyrektor Polskiej Opery Królewskiej Ryszard Peryt. Temat mozartowski znany jest temu twórcy jak żadnemu innemu, gdyż jako jedyny na świecie wyreżyserował wszystkie – 22 – utwory sceniczne Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Profesjonalizm i obycie Ryszarda Peryta w tej tematyce odczułem również podczas otwierającej „Festiwal” premiery „Don Giovanniego”.

Przez całe przedstawienie zachwycony byłem mądrością w poprowadzeniu każdej postaci – szczególnie w recytatywach – gdzie ich sposób poruszania się, gesty rąk, a także mimika twarzy wrażały jasno treści i emocje. Nie miało się wątpliwości jakie relacje łączą bohaterów ze sobą, jakie intrygi są knute, jakie mają charaktery i jakie troski nimi targają. Reżyser opowiedział całą historię w sposób niezwykle klarowny, na dodatek w tak ubogich w technikę sceniczną warunkach, jakimi niestety dysponuje Teatr Królewski.

Jedną z tych trudności z pewnością jest brak wyświetlacza z polskim tłumaczeniem śpiewanych tekstów (do tego publiczność w niemal każdym teatrze świata już się przyzwyczaiła). Z jednej strony było to dla mnie piękne przeżycie, gdyż poczułem się jak za dawnych czasów, których ze względu na młody wiek doświadczyłem w niewielkim stopniu. Z drugiej strony było to wyzwanie dla reżysera, który musiał widzom w sposób czytelny ukazać treść spektaklu śpiewanego w oryginale po „starowłosku”. Ryszard Peryt i z tą trudnością poradził sobie znakomicie.

Jednak nie obyło się bez reżyserskich mankamentów:
1. Tajemniczy chór pojawiający się w paru scenach w srebrnych maskach oraz czarnych płaszczach – do większości scen pasowali wspaniale, jednak jako goście w trakcie zaślubin Zerliny z Masettem wyglądali co najmniej dziwacznie;
2. Zbytnia statyczność w trakcie arii – rozumiem, że Ryszard Peryt chciał nas przenieść w czasy Mozarta (co mu się chwali), gdzie faktycznie artyści głównie stali w miejscu wykonując arie. Nie było przecież zawodu reżysera (czasami zazdroszczę tych czasów), jednak w XXI wieku reżyser istnieje i brakowało mocniejszego „uruchomienia” śpiewaków w czasie arii;
3. Kompletną odwrotnością była natomiast końcowa aria Komandora, który zamiast jako kamienny posąg właśnie stać w miejscu, zaczął przechadzać się dość swobodnie po scenie – dziwna niekonsekwencja.

Momentów ładnych i ciekawych było dużo, lecz na szczególne wyróżnienie zasługują:
1. Scena z Komandorem pojawiającym się w środku zaskakująco otwierającej się kolumny pełnej luster w akcie I;
2. Scena z wypuszczeniem rulonu wypełniającego całą przekątną sceny (zamiast księgi) z nazwiskami kobiecych „zdobyczy” Don Giovanniego w arii Leporella „Madamina, il catalogo è questo” w akcie I;
3. Dowcipny moment, gdy Don Giovanni uwodząc Zerlinę łapie ją za piersi – ogromne brawa dla reżysera za pokazanie tego „delikatnego gestu” tak elegancko, śmiesznie i nie wulgarnie (szczególnie w dzisiejszych przesadnie skrajnych czasach);
4. Umiejscowienie orkiestry na scenie w epizodach zaślubin Zerliny z Masettem w akcie I oraz podczas oczekiwania na kolację z Komandorem w akcie II;
5. Największe wrażenie zrobiła na mnie scena finałowa, gdzie w momencie wchłonięcia Don Giovanniego „w czeluści piekielne” cały teatr autentycznie „zaczął płonąć” – wyświetlono płomienie na ścianach okna scenicznego, które powoli rozprzestrzeniały się na część widowni – robiło to piorunujące wrażenie! Brawo za projekcje dla Piotra Zamojskiego.

Scenografia Ryszarda Peryta była prosta, lecz zmyślnie stworzona. Na scenie widzieliśmy jedynie 6 namalowanych kolumn korynckich (były one kopią tych prawdziwych ozdabiających widownię Teatru Stanisławowskiego), które to po obróceniu zmieniały swój kolor (z białego na czarny – zawsze ze złotymi liśćmi akantu i złotymi podstawami). Były one również mobilne. Raz ustawiane po przekątnej, raz w linii prostej, a także w dwóch diagonalach od środka sceny. Były także uchylne, a w ich środku umieszczone były lustra, co powodowało ciekawy efekt wielowymiarowości i powiększenia tej malutkiej sceny.

Brawa należą się Ryszardowi Kłoskowi za budowę tych dekoracji.

Jedna rzecz mnie raziła, a mianowicie w ostatniej scenie w domu Don Giovanniego w tzw. „sali z zastawionym stołem” przed przyjściem Komandora, niestety scenograf ustawił brzydką, czarną, prostokątną skrzynię, która niby miała symbolizować stół, jednak tylko oszpecała całą scenerię.

Scenograficznie reżyser niewiele nam zaproponował, lecz to „niewiele” wystarczyło, aby pokazać publiczności przedstawienie logiczne i zrozumiałe. Uwagę naszą skupił nie na podziwianiu zmieniającej się scenografii – mimo wszystko szkoda, bo na to widownia czeka! – a głównie na grze aktorskiej w wykonaniu znakomitej obsady, złożonej całkowicie z polskich śpiewaków.

KOSTIUMY

Niezwykle przemyślane kostiumy zaprojektowała Marlena Skoneczko. Wymyśliła je bardzo „cwanie” (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Męską, a także żeńską obsadę ubrała w niemalże identyczne kostiumy, które różniły się od siebie tylko kolorami, a wyglądały jakby były całkowicie odmienne. Brawo za ten zabieg.

Wszyscy mieli na sobie stroje wzorowane na tych epokowych, XVII-wiecznych, podkreślających charakter czasów w jakich odbywa się akcja spektaklu. U Panów najbardziej pomysłowe były noszone na ich głowach trikorny, natomiast u Pań wysokie peruki oraz suknie oparte na fortugałach.

Raziły mnie nieupiększone niczym szyje postaci kobiecych, które świeciły pustką, były gołe i jeszcze wydłużone głęboko wyciętymi dekoltami. Ale to jedyne moje zastrzeżenie.

Pani Marlena Skoneczko pokazała jak tanimi środkami i piękną prostotą można stworzyć niezwykle gustowne kostiumy. Brawo!

ŚWIATŁO

Światło ustawił Piotr Rudzki. Było ono skromne, głównie jaśniejsze i ciemniejsze, bez wyróżniających się barw. Mimo tego iż wiem, że możliwości techniczne Teatru Królewskiego są bardzo skromne, to wiem również, że nie trzeba wielkich budżetów, żeby wprowadzić świetlny kolor na scenę. Wystarczy tylko trochę wyobraźni. Na szczęście Piotr Rudzki wpadł na pomysł, aby ustawić małe reflektory z przodu sceny, skierowane w jej kierunku, które to dawały ładną, żółto-pomarańczową, ciepłą poświatę.

CHÓR

Mozart nieszczególnie „kochał” chóry w swoich dziełach operowych i używał ich bardzo rzadko, ale wokalnie swoje niewielkie zadania artyści chóru wykonali bez zarzutów.

ORKIESTRA I DYRYGENT

Teatr Stanisławowski posiada niewielki orkiestron (o zgrozo Microsoft Word nie zna tego słowa i podkreśla je na czerwono!).

Gdy zobaczyłem tylko 27 pulpitów (+ klawesyn na scenie) nie wierzyłem, że muzyka Mozarta wybrzmi dobrze – mimo że z założenia komponowana była na niewielką liczbę muzyków (ok. 35).

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom, kiedy uwertura już od pierwszych dźwięków zabrzmiała jakby grała ją ogromna orkiestra. Na to złożyły się 3 elementy: znakomici artyści muzycy, fantastyczny dyrygent oraz genialna akustyka tego Teatru wybudowanego w całości z drewna.

Artyści orkiestry cały spektakl zagrali niezwykle pięknie. Wybrzmiewali i współgrali ze śpiewakami wręcz idealnie. To wspaniali muzycy.

Szczególne gratulacje kieruję do klawesynistki Dagmary Dudzińskiej. Zagrała Pani cudownie!

Premierą dyrygował obecnie jeden z najznakomitszych polskich dyrygentów – jeśli nie najlepszy – Łukasz Borowicz. Jego kariera rozwija się piorunująco nie tylko w Polsce, ale również na świecie. W dziedzinie muzyki operowej czuje się wspaniale. Perfekcyjnie panował nad każdym elementem przedstawienia, zarówno orkiestrowym jak i wokalnym, co odpowiednio współgrało z zamysłami inscenizacyjnymi reżysera.

Praską prapremierą dyrygował sam Mozart, który z pewnością byłby zadowolony z pracy jaką wykonał nad jego dziełem Łukasz Borowicz. Wielkie gratulacje!

PROGRAM SPEKTAKLU

W pakiecie programowym, który kosztował tylko 10 złotych (idealna cena), otrzymaliśmy wkładkę z repertuarem „festiwalu bez nazwy” oraz dwie książeczki: jedną z całymi polskimi dialogami opery i didaskaliami (to wspaniałe!), drugą z obsadą lecz bez życiorysów głównych postaci (to skandal!), z wymienieniem całej ekipy administracyjnej i artystycznej teatru (to piękne!), ze streszczeniem libretta (najlepszym, czyli z „Tysiąc i jedna opera” Piotra Kamińskiego) oraz z dwoma nudnymi, mądralińskimi, przydługimi, czasem zaprzyjaźnionymi z bełkotem tekstami autorstwa Jagody Opalińskiej i Stanisława Szczęsnego. Na szczęście na pierwszej stronie umieszczony został konkretny i ciekawie napisany tekst autorstwa dyrektora Polskiej Opery Królewskiej Ryszarda Peryta.

Program wydany został dobrze, ale należałoby jeszcze nad nim trochę popracować.

ŚPIEWACY

Całą polską obsadę przyjemnie się słuchało, lecz nie ma przecież spektakli idealnych, więc i tu nie obyło się bez mniej i bardziej wyróżniających się artystów.

Jak zawsze, artystów wymieniam w kolejności, od najmniej do najbardziej – według mnie – zjawiskowych.

Przez całe przedstawienie czekam na uwielbianą przeze mnie ostatnią arię Komandora „Don Giovanni, a cenar teco”. Jednak tym razem się nie zachwyciłem. Tomasz Raff zaśpiewał partię z dobrą energią, brzmiał ładnie, ale jest to zdecydowanie za lekki bas na tę partię. Komandora trzeba się bać. Jego głos musi być ciężki i niski – jak przystało na przerażający, potężny, kamienny posąg przybywający z zaświatów.

Przyzwoicie, lecz nieporywająco zaśpiewał basową partię Masetta Sławomir Jurczak, natomiast aktorsko był znakomity.

Ładnie, lecz nie zawsze równie dobrze, zaśpiewała Anna Wierzbicka jako Donna Elvira. Nie czysto wykonała parę fragmentów pierwszej arii „Ah chi mi dice mai”, ale na szczęście w dalszej części spektaklu śpiewała czyściej i z ciekawą energią. Barwa sopranu tej śpiewaczki także nie przypadła mi do gustu, ale na pocieszenie powiem, że moja ukochana Maria Callas faktem swojej nieciekawej barwy głosu się nie przejmowała – czego życzę również Annie Wierzbickiej, wartościowej artystce, co udowodniła przede wszystkim swoją grą aktorską.

Fantastycznie zaśpiewała Olga Pasiecznik jako Donna Anna, jednak niestety duet „Ma qiel mai s`offre o Dei” w akcie I wykonała momentami nieczysto. Resztę przedstawienia poprowadziła zjawiskowo. Arię „Don Ottavio, son morta!” Olga Pasiecznik zinterpretowała tak, jak jeszcze nigdy nie słyszałem. Jej przenikające się emocje jakie powinny przyświecać tej sopranowej arii czyli zarówno strachu, smutku, zaskoczenia, złości i zemsty były niezwykle prawdziwie, przeszywająco poruszające – zarówno w głosie, jak i w grze aktorskiej. Już tylko za to należą się tej znakomitej sopranistce wielkie brawa i najszczersze uznania.

Robert Gierlach brawurowo przygotował partię Don Giovanniego, szczególnie od strony aktorskiej, jednak równie wspaniale radował publiczność swoim ciepłym barytonem, który nie tylko brzmiał przyjemnie, ale również miał w sobie ciekawy dramatyzm. Jego głos przypomina mi barwę Mariusza Kwietnia, a patrząc pod kątem wieku powinienem powiedzieć, że to Kwiecień przypomina Gierlacha.

Zachwycająco zaśpiewała Marta Boberska jako Zerlina. Posiada idealny sopran do tej partii. Aktorsko również poprowadziła rolę niezwykle wiarygodnie. Ogromne gratulacje.

Podobnie pięknie zaprezentował się młody i świetnie wyglądający na scenie Sylwester Smulczyński jako Don Ottavio. To prawdopodobnie najlepszy obecnie tenor w Polsce wykonujący tę partię pod względem wokalnym. Jego „koloraturki” (obowiązkowe w tej partii) i lekkość w brzmieniu zachwycały mnie z każdym dźwiękiem wydobywającym się z jego aparatu głosowego. Swoją aparycją także pasował do tej roli „jak ulał”. Wielkie brawa.

Największe wrażenie zrobił na mnie Andrzej Klimczak jako Leporello. Zarówno aktorsko, jak i głosowo zbudował partię niezwykle mądrze. Pokazał najwyższy kunszt aktorski. W swoim poważnym podejściu do komicznej partii był cudownie dowcipny. Panował nad swoim basowym ciekawym głosem znakomicie. Wyglądał na scenie nadzwyczajnie. Scena go uwielbia. Jest bardzo charakterystycznym i zapamiętywalnym artystą, a Leporello to prawdopodobnie jego rola życia. Wielkie gratulacje!

PODSUMOWANIE

Premiera „Don Giovanniego” dzięki występującym w niej profesjonalnym artystom oraz fachowym twórcom zakończyła się sukcesem.

Ryszard Peryt wraz z całą ekipą realizatorską oraz techniczną, wycisnęli co mogli z tego „biednego” w warunki techniczne Teatru. W mądry sposób pokazali, jak prostymi środkami można przedstawić wartościowy spektakl bez gigantycznych budżetów i możliwości technicznych. Wystarczy być oczytanym w literaturze czasów, w których odbywa się akcja libretta i mieć pomysł na zaprezentowanie jej w sposób zrozumiały i robiący wrażenie na publiczności XXI wieku. Publiczności, która ubóstwia przenosić się w czasie i obserwować jak wyglądało życie, ubiór, estetyka i zachowania ludzi dawnych epok – wbrew temu, co próbują nam wmówić kpiący z klasycznych dzieł i bezczeszczący je tzw. „nowocześni realizatorzy”.

Artyści Polskiej Opery Królewskiej utwierdzili mnie w osobistym zdaniu, że przede wszystkim szczerym oddaniem i szacunkiem do zawodu artysty można zagwarantować niezapomniane przeżycia związane ze sztuką operową w sercach publiczności.

Moje pozytywne wrażenia są również skutkiem tego, co stało się dzięki powołaniu przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego do życia nowej, a historycznej instytucji jaką jest Polska Opera Królewska.

Gestów pomagania i czynów szkodzenia ludziom, nigdy się nie zapomina. Tego pięknego gestu jakim obdarzył artystów Minister Piotr Gliński nie wolno zapomnieć. Uratował wielu wspaniałych artystów, którzy „w sekundę” stracili środki do życia po nieludzkich i karygodnych masowych zwolnieniach w Warszawskiej Operze Kameralnej (około 150 osób spośród 255 zatrudnionych). Dokonała tego czynu dyrektor artystyczna WOK-u – od paru dni już jego menadżer (to jakieś kuriozum!) – dr Alicja Węgorzewska-Whiskerd.

Jestem pod wrażeniem determinacji wszystkich zwolnionych artystów. Mimo, że próbowano ich upokorzyć i zniszczyć, nie dali się złamać i w najtrudniejszych dla siebie czasach udowodnili, że przyświecające im zawodowe idee i wartości są silniejsze niż jakiekolwiek decyzje przypadkowych „dyrektorków”, którzy – mam nadzieję – tylko przez chwilę zasiadają na tych ważnych „stołkach” i oby zasiadali dwa razy: pierwszy i ostatni.

Bywajmy częściej na różnorodnym repertuarze Polskiej Opery Królewskiej. Oprócz tego, że naprawdę warto, to swoją obecnością damy jednocześnie wsparcie artystom, którzy po trudnej przeprawie, mądrą „walką” uratowali się, czym wypracowali sobie mój ogromny szacunek.

Gesty wsparcia z pewnością zostaną nam – publiczności – odwzajemnione ze sceny. Tak właśnie stało się, podczas niezwykle udanej premiery „Don Giovanniego”, otwierającej nowe karty w historii Polskiej Opery Królewskiej.

Oskar Świtała

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *