„Cyganeria” w Operze Podlaskiej – pomysłowa Maria Sartova, a Ewa Vesin zjawiskowa

Fot. ©Michał Heller/OiFP

 

"La Boheme" to dzieło, które – prawdopodobnie w całej twórczości Giacomo Pucciniego – jest najbliższe widzom. Problemy z jakimi zmagają się bohaterowie opery, obserwujemy każdego dnia. Libreciści Luigi Illica i Giuseppe Giacosa osadzili akcję przedstawienia w końcu XIX wieku, w Paryżu, w okresie kiedy żyła tzw. "cyganeria artystyczna". Było to środowisko kpiące z materializmu i odrzucające wszelkie konwenanse oraz manifestujące wolność słowa i twórczości. Podczas piątkowej premiery, która odbyła się 24.03.2017r. w Operze Podlaskiej w Białymstoku, również przenieśliśmy się do tego okresu oglądając mądry, pomysłowy i wizualnie ciekawy spektakl.

Scenografia

Mariusz Napierała stworzył scenografię imponującą. Od momentu, gdy tylko kurtyna się podniosła, nie mieliśmy wątpliwości, że przenieśliśmy się w czasie zgodnie z librettem. Pierwszy akt odbywa się w mieszkaniu czwórki przyjaciół – tu ukazują nam się trzy małe, biedne pokoiki, usytuowane jeden nad drugim, które są połączone spiralnymi schodami. Mieści się jednak w nich wszystko, co niezbędne do logicznego poprowadzenia akcji reżyserskiej: fotel, kanapa, biurko, sztalugi z płótnami, kominek. Czujemy klimat życia paryskiej bohemy. Martwiły mnie jednak zbyt licznie powybijane szyby w oknach. Akcja spektaklu – prawda – odbywa się w okresie zimowym, Świąt Bożego Narodzenia i w didaskaliach mają wszyscy marznąć, ale nie zamarznąć.

W drugi akt przenosimy się sprytnie, bo przez wykorzystanie obrotowej sceny. Mieszkanie znika, a pojawia się kawiarnia, w której i przed którą odbywa się uliczna zabawa świąteczna.

Akt trzeci, wizualnie, również jest zjawiskowy. Pada śnieg… widzimy ulice i piękny plac ze sklepikami, kioskiem z gazetami czy kawiarenkami w stylu francuskim, na środku którego stoi przekrzywiona latarnia. W tle widzimy kamienicę z krużgankami prowadzącymi do mieszkań. Scena w tym momencie wydaje się być ogromna.

W ostatnim akcie przenosimy się ponownie do sceny z aktu pierwszego, czyli wszystko tak jak trzeba, a nawet lepiej. Brawo!

Reżyseria

Białostocka "Cyganeria" jest spektaklem, w którym reżyserka Maria Sartova, w sposób godny podziwu, uszanowała założenia twórców z XIX wieku, a jednocześnie wykorzystała możliwości techniczne jakie oferuje nam wiek XXI. Widać, że twórczyni inscenizacji solidnie zgłębiła operę Pucciniego, której libretto oparte jest na autobiograficznej powieści Henriego Murgera. Reżyseria jest bardzo prosta, bez udziwnień, niezwykle logiczna i bez chęci postawienia swojego nazwiska nad nazwisko kompozytora, librecistów i występujących w przedstawieniu śpiewaków.  

Cały spektakl budowany jest właśnie na artystach – a nie, jak często się zdarza, na "widzi mi się" reżysera. Maria Sartova pokazała wszystkich solistów z jak najlepszej strony, inspirując się ich możliwościami i wyciągając z nich to, co najlepsze. Dzięki temu mieliśmy przedstawienie bardzo autentyczne, wręcz filmowe (zresztą Maria Sartova jest również autorką produkcji filmowych).

W "Cyganerii" mamy pięć kluczowych scen, które jeśli nie są wyeksponowane, opera traci wartość. Na szczęście Maria Sartova wszystkie je świetnie pokazała:

1.Scena w akcie I szukania po ciemku klucza – tu zaskakujący wybuch żarówki mający spowodować ciemność oraz zrozumiały moment znalezienia klucza przez Rodolfo i celowe go ukrycie;

2.W tej samej scenie, przed ariami, niby przypadkowy dotyk dłoni pięknej Mimi przez zakochanego poetę – także zaznaczony świetnie i romantycznie;

3.Scena z aktu III, w której Mimi podsłuchuje rozmowę Marcella z Rodolfem. Jej obecność, według didskaliów, ma zdradzić kaszel, co też nastąpiło i w tym przedstawieniu;

4.Scena w IV akcie, gdzie umierająca Mimi prosi o mufkę, gdyż "zimno jej w raczki" – Maria Sartova mufkę użyła, gdyż wie, że Mimi bez niej byłaby jak Tosca bez świeczek w scenie śmierci Scarpi czy Micaela bez koszyczka w "Carmen" Bizeta;

5.Ostatnia scena przedstawienia, gdzie wszyscy z wyjątkiem Rodolfo już wiedzą, że Mimi umarła, a sam wyraz ich twarzy i wzroku ma dać do zrozumienia Rodolfowi, co się stało – scena zrobiona po mistrzowsku.

Z ciekawych zabiegów reżyserskich można jeszcze wymienić:

  • pomysł na umieszczenie małych pokoików na różnych poziomach – dało to możliwość pokazania – w jednym momencie – wielu sytuacji, dzięki którym akcja spektaklu stała się barwniejsza;
  • scenę palenia w kominku twórczości Rodolfo – bardzo realistyczna, z efektami dymów i świateł;
  • zaznaczenie – wręcz obowiązkowe – restauracji "Momus", w której odbywa się zabawa świąteczna;
  • eksperymenty z wyglądem i zmiennym charakterem Musetty, a w drugim akcie stworzenie z niej postaci na wzór George Sand – pasowała wspaniale;
  • świetny pomysł, aby II akt zakończyć radosnym zejściem solistów przez widownię, uciekających od zapłacenia w restauracji rachunku;
  • znakomita – symbolicznie przedstawiona – scena zabawy w III akcie w knajpce, którą obserwujemy od zewnątrz, a w środku widzimy bawiące się tylko sylwetki i cienie postaci;

Jednak nie obyło się bez paru osobliwych i nie do końca dopracowanych scen:

  • niepotrzebnie zapalające się światła na całej widowni podczas zmiany scenografii z aktu I na II – czy miały podkreślić, że w tym momencie powinna być przerwa?;
  • dlaczego niektóre chórzystki, w II akcie, przebrane były za facetów – w białych koszulach, krawatach, garniturowych spodniach i domalowanych wąsach(sic!) – i podrywały inne chórzystki? Tego nie wiem; 
  • brak zagospodarowania w III akcie pięknych krużganków, na których jedna postać paliła papierosa – prawie przez nikogo nie zauważona – a mogłoby się tam odbywać ciekawe paryskie życie;
  • tandetna scena zabawy czwórki przyjaciół w akcie IV polegająca na szermierce palcami, w dodatku aktorsko źle ograna.

Mimo tych paru uwag spektakl reżysersko został przygotowany znakomicie, a trwająca ponad dwie godziny opowieść mijała za szybko.  

Oświetlenie

Znakomite oświetlenie stworzył Maciej Igielski, którego reżyserię świateł oglądamy, na co dzień, w warszawskiej Operze Narodowej. Każdą scenę oświetlił z niezwykłym wyczuciem nastroju, jaki powinien panować w określonym momencie akcji scenicznej. Może tylko scena w I akcie poszukiwania w ciemności klucza była trochę za jasna. Jednak poza tym w całym przedstawieniu jego światła podkreślają atmosferę każdej sceny i widać w nich radość, smutek, żal, biedę, a nawet śmierć. Wielkie brawa.

Kostiumy

Fantastyczne kostiumy zaprojektowała Agata Uchman, która podczas podróży pociągiem, na drugi dzień po premierze, razem ze swoimi licznymi wielbicielami, dość głośno manifestowała radość z tego, że już po wszystkim. To przykład na to, że trzeba zawsze uważać, kiedy i co się mówi, bo nie wiadomo na jakiego melomana się trafi. Ale powodów do dumy mogła mieć wiele – może z wyjątkiem za lekko ubranej Musetty, w czerwoną suknię balową, podczas zimowego wieczoru – gdyż "przebrała" wszystkich znakomicie podkreślając status bohaterów i modę jaka panowała w określonej hierarchii społecznej tamtych czasów. Świadczy to o rzetelnym przygotowaniu się do powierzonego zadania. Brawo.      

Choreografia

W programie czytamy obszerną biografię choreografa Jarosława Stańka, lecz na scenie nie było ani baletu, ani czegoś, co można by choreografią nazwać. Co bardziej zaskakujące miał on również asystentkę czy kogoś, wymienionego jako "współpraca choreograficzna"(sic!).  

Orkiestra i dyrygent

Orkiestra Opery i Filharmonii Podlaskiej zagrała na bardzo wysokim poziomie. Świetnie interpretacyjnie i monumentalnie została poprowadzona przez dyrygenta Grzegorza Berniaka. Niektórzy mówili, że czasami grali za głośno, poniekąd racja, bo nawet potężna muzyka Pucciniego ma momenty prawie ciszy, a w dodatku dyrygent powinien czuć możliwości nośne głosów artystów. W tym przypadku czasami to szwankowało.

Chór i dzieci

Chór był zdecydowanie najsłabszym ogniwem tej premiery, a przygotowany został przez Violettę Bielecką. Słychać, że nie śpiewają dużo, co jest oczywiście winą dyrekcji, a nie ich samych. Widać jednak u wszystkich śpiewaków chóru ogromny potencjał i mam nadzieję, że występować na scenie będą jak najczęściej i coraz lepiej.

Gratulacje należą się natomiast chórowi dziecięcemu i Ewie Barbarze Rafałko, za ich przygotowanie.

Śpiewacy

Poziom wokalny premiery był bardzo wysoki. Wszystkich śpiewaków nie powstydziłby się żaden z najlepszych teatrów świata. Tu uznanie należy się pianistce-korepetytorce Tetyanie Dranchuk, która doskonale przygotowała ze śpiewakami partie od strony wokalnej.

Bartłomiej Łochnicki (Sierżant-bas) oraz Dominik Kujawa (celnik-baryton) cóż powiedzieć…- gratulacje.

Paweł Cichoński (Parpignol) w swojej małej tenorowej rólce zaznaczył się świetnie.

Piotr Nowacki (Alcindoro) został dobrze obsadzony w tej basowej roli, w którą wcielił się świetnie pokazując charakter swojej poniewieranej postaci.

Grzegorz Szostak (Benoit) to znakomity bas, który stworzył postać fantastycznie. Niesamowicie bawił się głosem budując, z wyczuciem smaku, komizm roli kamienicznika. Aktorsko, tę niewielką partię przygotował wspaniale i mimo tego, że na scenie pojawił się na chwilę, w początkowej scenie spektaklu, zapadł w pamięć do samych ukłonów. To wszystko, gromkimi brawami, nagrodziła również publiczność.      

Patryk Rymanowski (Schaunard) zaśpiewał przyzwoicie. Jest to jednak niewielki głos basowy, ale o ładnej barwie. W interpretacji głosowej i aktorskiej nie zachwycający, ale ciekawy.

Wojtek Gierlach (Colline) – nie wiem dlaczego nie Wojciech?, ale teraz podobno jest moda na robienie z siebie małych chłopczyków i dziewczynek. To bas o ładnej barwie, ale kiepskich, prawie niesłyszalnych dołach (a w tym typie głosów to podstawa). Cały spektakl zaśpiewał bardzo nierówno, ale na pochwałę zasługuje, wykonana przez niego, aria z aktu IV, którą zinterpretował wzruszająco. Aktorsko wypadł bardzo dobrze.

Iwona Sobotka (Mimi) to piękny sopran o ciepłej barwie. Technicznie jednak czasem nie panuje nad niektórymi dźwiękami, które są "puste" (jakby bezdźwięczne), szczególnie w momentach przejściowych z gór do średnic i na odwrót. Również głos cichnie w końcówkach dłuższych fraz – prawdopodobnie śpiewaczka ma krótki oddech, albo nad nim nie panuje. Aktorsko z rolą poradziła sobie znakomicie, a w scenie śmierci wyglądała i prowadziła postać wręcz wzruszająco. Gratulacje!      

Andrzej Lampert (Rodolfo) był dla mnie najmilszym zaskoczeniem, gdyż po kilku nieciekawie wykonanych przez niego spektaklach, które przed laty oglądałem, nareszcie byłem pod jego wrażeniem. Widać, że ten tenor nareszcie przestał śpiewać w boysbandowych zespołach muzycznych i na poważnie zaczął traktować swój głos. Śpiewa jednak nadal zbyt równo, bez większej interpretacji i cały czas na postawionym głosie (podwyższonych rejestrach) nawet w momentach, gdy powinien szeptać – jakby wzorował się na Luciano Pavarottim. Barwę głosu jednak ma piękną, a co najważniejsze nie odpuścił sobie słynnego, zakulisowego "wysokiego c" w finale I aktu, na który wszyscy czekają – za to brawa. Również świetnie prezentuje się na scenie i widać, że wie po co na nią wychodzi.

Szymon Komasa (Marcello) to znakomity baryton. Szkoda, że tak rzadko występujący w Polsce. Głos jego może nie należy do najbardziej nośnych i potężnych, ale za to posiada wspaniałą technikę wokalną. Od strony aktorskiej Szymon Komasa przeszedł samego siebie i przygotował rolę nadzwyczajnie. Pokazał swój warsztat i niezwykłą inteligencję w kreowaniu postaci. Pewnie w tym wszystkim pomogła mu rodzinno-aktorska dusza. Chapeau bas.

Gwiazdą wieczoru, bez wątpienia, była Ewa Vesin (Musetta), która – w mojej opinii – jest obecnie pierwszym sopranem dramatycznym w Polsce (albo "soprano drammatico d'agilità" jak mawiała Maria Callas). Głosowa armata, o niesłychanej technice, panująca nad każdą nutą w sposób zjawiskowy. We wszystkich scenach zbiorowych przykrywała charyzmą oraz swoim ciepłym i potężnym głosem innych solistów, a nawet cały chór. Aktorsko brawurowa, od pierwszych chwil na scenie powodująca, że wzroku od niej nie można oderwać i niesłychanie inteligentna w każdym ruchu, geście, a także mimice twarzy. Za każdym razem, gdy widzę i słyszę Ewę Vesin na scenie nie mam wątpliwości, że dużymi krokami dołącza do grona najwybitniejszych polskich śpiewaczek operowych w historii naszego kraju.

Uwagi do dyrekcji

Dwie uwagi techniczne skierować należy do dyrektora Damiana Tanajewskiego.

Po pierwsze, aby po ukłonach nie przemawiał – nawet jeśli robi to tak "zgrabnie" jak na premierze "Cyganerii" – takie niepotrzebne mowy obniżają podniosłą atmosferę całego wydarzenia.

Po drugie, aby wpłynął na swój dział literacki, gdyż program przedstawienia powinien być graficznie przygotowany tak, aby nie trzeba było posiłkować się Internetem, chcąc dowiedzieć się kto spektakl tworzył i w nim występował (czcionka jest koszmarna).  

Podsumowanie

Spektakl tak mądry i piękny, jak ten oglądany w miniony piątek, może stworzyć jedynie osoba szanująca sztukę, lubiąca artystów i dla której libretto jest święte. Widać, że Maria Sartova jest taką osobą, a jej "Cyganeria" właśnie z tego powodu, z pewnością, będzie zapełniała widownię Opery Podlaskiej. Jest to również uwarunkowane takimi śpiewakami, jakich słyszeliśmy na białostockiej premierze. I mimo paru osobistych uwag do artystów, należą się im wszystkim ogromne brawa.

Mam nadzieję, że w Białymstoku "La Boheme" będzie grana jak najczęściej, bo tylko tym sposobem możemy zbudować własną, polską kadrę artystów. Nie będzie wtedy konieczności zapraszania solistów zagranicznych, którzy bardzo często nie spełniają oczekiwań publiczności, a co więcej, nie dorównują poziomem wokalnym naszym śpiewakom.

A dowodem na to niech będzie, właśnie, premiera w Białymstoku w reżyserii Marii Sartovej i z udziałem wyłącznie polskich, wspaniałych śpiewaków operowych.

©Oskar Świtała

Fragment plakatu promujący premierę OiFP

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *