Wieczór baletowy Teatru Wielkiego w Łodzi – Ciekawe „Święto wiosny” i skiereszowany „Krzesany”

Fot. operalodz.com

Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie, w ramach trwających od 10 do 26 listopada IX Dni Sztuki Tańca, zaprosiła gościnnie balet Teatru Wielkiego w Łodzi, aby zaprezentował warszawskiej publiczności swoje dwa balety "Święto wiosny" w choreografii Marthy Graham oraz "Krzesanego" w choreografii Henryka Konwińskiego.

Udałem się na to wydarzenie, aby sprawdzić czy potwierdzą się moje wrażenia sprzed roku (18 czerwca 2016r. odbyła się premiera tego wieczoru). Z połowiczną radością stwierdzam, że tak!

Energiczne "Święto wiosny"

W pierwszej części, łódzki balet zaprezentował "Święto wiosny". To dzieło, którego prapremiera odbyła się 29 maja 1913 roku w paryskim Théâtre des Champs Élysées i zakończyła się ogromnym skandalem, po latach stało się miarą poziomu i dokonań choreografów. Muzykę skomponował Igor Strawiński, a pierwszą choreografię stworzył Rosjanin polskiego pochodzenia Wacław Niżyński. Zaryzykuję stwierdzenie, że stworzyli wspólnie pierwsze dzieło klasycznej sztuki nowoczesnej, gdyż można powiedzieć, że był to prapoczątek nowoczesnej muzyki klasycznej oraz baletu w stylu modern. Następnie z tą potężną muzyką mierzyli się najwięksi jak m.in.: Maurice Bejart(1959), Pina Bausch(1975), Mats Ek(1984) oraz ta, której choreografię zatańczył balet łódzki czyli Martha Graham(1984).

Scenografia

Edward T. Morris stworzył nieciekawą, mało estetyczną i smutną scenografię. Spektakl odbywał się na tle ekranu, tylko czasem zmieniajacego delikatnie kolor, na którym wyświetlony był jakiś szary łuk (niby złamana gałąź). Z tyłu sceny stał biały postument, również w kształcie łuku, rozciągnięty na całą jej długość, po którym chodzili tancerze. Reszta sceny była całkowicie czarna.

Kostiumy

Kostiumy zaprojektował Pilar Limosner według Graham & Halston. One również były mało ciekawe i także czarno-białe. Tancerki miały na sobie zwiewne biało-czarne spódnice, a solistka (Wybrana) spódnicę białą. Wszystkie ubrane były w cieliste i obcisłe koszulki, symbolizujące nagość. Tancerze byli prawie nadzy, gdyż mieli na sobie wyłącznie czarne krótkie getry. Spośród nich wyróżniał się solista (Szaman), który występował w długim "prześcieradle" również czarno-białym.

Choreografia

Choreografia Marthy Graham była ciekawa, lecz niepowalająca, szczególnie gdy ma się przed oczami twórczość Bejarta czy Piny Bausch. Graham zachowała jednak klimat muzyki Strawińskiego. Układ nie był trudny technicznie, lecz bardzo wymowny i energiczny w ruchach. Choreografka zdecydowany nacisk położyła na mężczyzn, a nie na kobiety. Bardzo podobał mi się szacunek, jaki oddała zarówno Niżyńskiemu (wszystkie wejścia dziewczyn na scenę w jego charakterze) oraz Bejartowi (charakterystyczne pozy męskie na jednej nodze i siady "po turecku" w przekątnych).

W znacznej większości czasu, choreografia podporządkowana była niezwykle trudnej muzyce Strawińskiego, lecz niestety nie zawsze, jak chociażby w finale pierwszej części, gdzie Szaman powoli zawiązywał sznur dookoła Wybranej, a teatr aż roznosiło z nadmiaru muzyki osiągającej szczyt wybuchowości, czy w momentach wariacji Wybranej, gdzie muzyka również osiągała kulminacyjne punkty, a zespół zamiast ruszyć do akcji, stał i patrzył jak solistka próbuje – niespecjalnie wielkimi ruchami – wypełnić tą potężną muzykę.

Artyści baletu              

Zespół Teatru Wielkiego w Łodzi zaprezentował się znakomicie, świetnie panując nad ciałem i dobrze oddając energię w ruchach. Współczuję tancerzom, że musieli tańczyć na boso, lecz poradzili sobie z tą niekomfortową sytuacją, znakomicie wykonując wszystkie piruety i skoki. Brakowało mi jednak w pierwszej części choreografii, w corps de ballet, wyzwolenia jeszcze większych emocji wewnętrznych, co lekko poprawili w części drugiej. Wszystko było zatańczone bardzo dobrze technicznie, jednak nie odniosłem wrażenia, że tancerze rozumieją swoje role na scenie.

Podobnie było w przypadku Wybranej, tańczonej przez Alicję Bajorek, która pokazała kunszt techniczny oraz znakomitą kontrolę nad ciałem, jednak emocje były niewystarczajace jak na tą kolosalnie znaną partię. Najlepiej emocjonalnie zaprezentował się Nazar Botsiy (Szaman), świetnie prezentując nastroje swojej postaci. Technicznie również pokazał się od dobrej strony, szczególnie w trakcie niełatwych partnerowań z Wybraną. I gdyby nie posiadał bardzo niescenicznej fryzury, to niemiałbym się do czego przyczepić.    

Zespół bardzo dobrze rozmieścił całą choreografię na tej największej na świecie, warszawskiej scenie. Może w paru miejscach byli w niesymetrycznych odstępach i momentami nie równo tańczyli, ale całość spektaklu wykonali na bardzo wysokim poziomie, aż miło było patrzeć. Wielkie gratulacje!  

Tajemnicza "Siwa mgła"

Choreografia

Choreograf Henryk Konwiński poprzedził "Krzesanego" "Siwą mgłą". Był to zabieg ciekawy. Artyści podczas całego utworu falowali ruchem, snuli się, a czasem energicznie wyskakiwali, a to wszystko było zgodne z charakterem zróżnicowanej muzyki Wojciecha Kilara. Choreograf mądrze przełożył partyturę na ruch, który jednak, mimo wszystko, był tłem do tajemniczej muzyki kompozytora. Henryk Konwiński użył tu połączenia neoklasyki z elementami czysto klasycznymi jak: piruety, grand piruety attitude, grand pas de chat, entechat six, a nawet toury. Wszystkie te elementy zespół wykonał pewnie i precyzyjnie. Artyści występowali w różnych formacjach od popisów solistycznych poprzez duety, tria aż po liczniejszy zespół ustawiony w wielu konstelacjach jak linie po prostej i przekątnej, półkola czy szachownice – czasem byli rozmieszczeni symetrycznie, a czasem chaotycznie.

Jednak podczas spektaklu zadawałem sobie dwa pytania:

•    Jaką treść niesie ze sobą choreografia do "Siwej mgły"?
•    Jak Henryk Konwiński wybrnie z trudności logicznego powiązania "Siwej mgły" i "Krzesanego"?

Niestety, całość była beztreściowym pokazem ruchów, całkowicie nienawiązującym do niby drugiej części choreografii czyli "Krzesanego".

Solo wokalne

Solo wokalne "Siwej mgły" wykonał baryton Arkadiusz Anyszka. Partię zaśpiewał dobrze. Jednak byłem zdumiony, gdy zobaczyłem przyklejony do policzka śpiewaka mini mikrofon koloru skóry – żeby nie było widać. Czy już tak źle jest z nośnością głosów u naszych młodych polskich wokalistów, że muszą używać mikroportów?

Dalej było już tylko gorzej…

Skiereszowany "Krzesany"

"Krzesany" Wojciecha Kilara to muzyczne arcydzieło. Po raz pierwszy ten poemat symfoniczny został wykonany podczas Warszawskiej Jesieni 24 września 1974r. przez Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Jana Krenza. Natomiast pierwszą wersję baletową stworzył Conrad Drzewiecki, ze swoim Polskim Teatrem Tańca, a premiera miała miejsce w Poznaniu 16 października 1977r.

Choreografia

Łódzka wersja choreograficzna tego dzieła, zaczęła sie koszmarnie. Muzyka ruszyła energicznie i potężnie, natomiast cały zespół leżał na podłodze i się nie ruszał. Po jakimś czasie tancerze rozpoczęli powolutku turlać się po scenie, uderzać dłońmi o podłogę, podciągać nogi w górę i opuszczać w dół, po czym obróceni "czterema literami" do publiczności zaczęli podnosić nogi na wzór psów załatwiających swoje potrzeby pod drzewami. Wyglądało to nie tylko jak rozgrzewka dla emerytów i rencistów, ale również bardzo nieestetycznie i niesmacznie.

Choreograf starał się, podczas całego "Krzesanego", połączyć niby elementy tańców ludowych z niby neoklasyką i niby klasyką. Jednak to wszystko było "niby". W odróżnieniu do "Siwej mgły" tu nie uszanował kompletnie brawurowej muzyki Kilara.

Katastrofą był popis górali. Muzyka aż prosiła się o skoki, jednak tancerze ani na moment się od podłogi nie oderwali, tylko biegali po kole, kucali, chodzili w miejscu, wyciągali ręce, wywijali nogami, wykonywali soutenu, developpe, ruszali biodrami itd.

Gdy muzyka zaczynała nabierać tępa, niczym rozpędzający się pociąg, tancerze ponownie na czworakach robili jakieś przewroty, brali nogi w ręce, chodzili, czasem nawet stali w bezruchu, łapali się za rączki – jak w przedszkolu – a następnie zeszli ze sceny, pozostawiając ją całkowicie pustą, żeby raz na nią wskoczyć.

W momencie kulminacyjnym muzyki, jakby pisanej na stu tancerzy, na środku sceny zostaje jeden azjata i zaczyna tańczyć solo. Proszę mi uwierzyć, że uważam za coś pięknego łączenie narodowości w zespołach baletowych świata, ale zadaję w tym momencie pytanie: dlaczego azjata jest solistą w polskich tańcach góralskich, jeśli łódzki zespół ma tak wspaniałych i zdolnych polskich tancerzy? Wyglądało to – co najmniej – śmiesznie.

Sam finał podobnie. Cały zespół (ponad 50 osób) biega po kole, potem zamiast tańczyć to się pręży. Na szczęście czasem wykonali parę góralskich skoków czy elementów akrobatycznych (np. gwiazda) – od razu wszystko się ożywiło i wyglądało świetnie.

Muzyka finałowa "Krzesanego" jest kolosalnie chaotyczna i aż się prosi o ten chaos w choreografii. Jednak i tego Henryk Konwiński dobrze nie odczytał, gdyż wszyscy tancerze w tym momencie ustawieni byli w równych liniach i symetrycznych formacjach.

Lecz to nie koniec…

Po zakończeniu utworu puszczono z głośników odgłosy uderzeń piorunów, światła na scenie zaczęły migotać, a na głowy tancerzy polała się woda – niby deszcz. Górale byli jednocześnie przerażeni i szczęśliwi. Jednak o co w tym wszystkim chodziło… chyba nie wie nikt, a w szczególności, patrzący na to z nieba, świętej pamieci Wojciech Kilar.      

Podsumowanie

Sam ruch Henryka Konwińskiego jest zdecydowanie bardziej przyjazny tancerzom i bardziej naturalny niż w przypadku Marty Graham, jednak jego choreografia była niezrozumiała, beztreściowa i stworzona bez polotu i pomysłu. Szkoda, że ofiarami tego typu "wizji" choreograficznych muszą być zawsze artyści baletu.          

Scenografia

Ireneusz Domagała stworzył symboliczną, lecz przyjemną dla oczu scenografię. Balet łódzki "Siwą mgłę" tańczył w dymach otulających całą scenę. Odbywało się to na fioletowo-różowo-niebieskim tle, a po bokach sceny zawieszone były folie symbolizujące góry, czasem zmieniające kolor podświetlenia.

W tej samej scenerii – z wyjatkiem dymów – przebiegała akcja "Krzesanego".

Kostiumy

Kostiumy zaprojektował niewiadomo kto, gdyż na stronie internetowej Teatru jest zaznaczony tylko "asystent kostiumologa"(sic!). W "Siwej mgle" tancerze – obojga płci – niewiadomo dlaczego, mieli na sobie szare, połyskujące suknie. Torsy facetów były odkryte, a dziewczyny miały na sobie obcisłe, cieliste koszulki z lajkry. 

W "Krzesanym" tancerze byli ubrani "ala" góralsko w szare spodnie, czerwony pas i gołe torsy. Tancerki natomiast miały żółto-cielisto-szare krótkie sukienki i były niewiadomo skąd, ale na pewno nie z polskich gór.     

Dyrygent

Tadeusz Kozłowski zadyrygował orkiestrą bardzo dobrze. Momentami może trochę za wolno, ale umiał świetnie wyczuć dramaturgię wszystkich utworów oraz ciężar kompozycji, a szczególnie "Święta wiosny".

Orkiestra

Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi zagrała przeciętnie. Podczas "Święta wiosny" słyszało się liczne wpadki muzyków grających na instrumentach dętych blaszanych. Natomiast w "Krzesanym" fałszowały skrzypce. Przykro mi to stwierdzać, gdyż pamiętam wykonanie premierowe tej orkiestry i wtedy zagrali perfekcyjnie, a wręcz piorunująco.       

Dziwne sprawy techniczno – estetyczne

Nie potrafię zrozumieć roli Grzegorza Pajdzika w momencie powstawania spektaklu, gdyż zaznaczony jest w programie jako "Przekaz układu choreograficznego". Taką rolę ma osoba, która albo przekazuje powstałą dawniej na inny zespół choreografię, albo gdy twórca jest niedołężny lub jest już na boskim sądzie. Jednak mogę śmiało stwierdzić, że nie potwierdza się ani pierwszy przypadek ani, na szczęście(!), żaden z kolejnych – patrząc, chociażby, na świetną formę Henryka Konwińskiego podczas ukłonów na scenie warszawskiej Opery Narodowej.   

Spacerując po teatralnym foyer i siedząc na widowni, obserwowałem tancerzy Polskiego Baletu Narodowego, którzy przybyli wyjątkowo licznie, aby obejrzeć swoich łódzkich kolegów po fachu. Jednak ubiór, w jakim przyszli do teatru, świadczył jedynie o ogromnym zlekceważeniu, nie tylko występujących artystów, ale również przebywających obok nich – elegancko ubranych – warszawskich melomanów. Z szacunku do nich nie wymienię ich z nazwiska, lecz szkoda, że to publiczność musi dawać przykład artystom, jak należy być ubranym w teatrze, a nie odwrotnie.        

Oskar Świtała

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *